Jacek Komuda
Samozwaniec
Tom I

I już rozumiem, Chryste,
Już wiem,
Dlaczego Twoja twarz
W krew patrzy
Z dziwnym uśmiechem…
Stanisław Brzozowski „Teodor Dostojewski. Z mroków duszy rosyjskiej”

Rozdział I. Polskie drogi

O drogach polskich, a raczej ich braku • Spotkanie przy brodzie • Nieboszczyk w aksamicie • Podejrzana kompania • Genealogia panów Bolestraszyckich • Podejrzenia Świrskiego • Ranny koń • Rozmowa pana i chamów • Gniew stolnikowica • Pogoń • Zwada w kuźni • Co było w trumnie? • Pan i Moskal • Opowieść o cudownym ocaleniu carewicza Dymitra


Die 3 julii, Anno Domini 1604

Trakt pod Denowem

Godzina piąta po południu

Zryty i pobrużdżony koleinami przejazd przez Cygański Potok zastawiał chłopski wasąg zaprzężony w dwójkę kasztanowych woźników. Rzecz jasna, nie było w tym nic nadzwyczajnego — zarówno w błocie, w którym grzązł wóz, jak i w nikczemnej szerokości traktu. Drogi bowiem nie tylko w Ziemi Przemyskiej, ale w całej Koronie Polskiej prezentują się niczym w dzikim kraju. Sterczą z nich kamienie niczym guzy na łbie sejmikowego krzykacza, korzenie w poprzek i wzdłuż przechodzą trakt, a piasek i błoto pozostają na swoich miejscach podobno od czasów potopu, a na pewno od ostatniej powodzi. Jadąc gościńcem, podróżny w każdym lesie bije pokłony nieobcinanym od wieków gałęziom drzew, a kiedy wiatr wywróci sosnę, musi wędrowiec drapać się po krzakach, potykając o zmurszałe pnie.

O mosty lepiej nie pytać. Wiadomo: polski most, niemiecki post i cygańskie nabożeństwo — wszystko to błazeństwo. W województwie ruskim czasem zdarzy się kilka pni rzuconych w strumień albo głazy spiętrzone na dnie rzeki. W Ziemi Przemyskiej jest jeden most w Przemyślu. Drugi, najbliższy, stoi w Krakowie. Trzeci pojawia się czasem w Warszawie, ale tylko wówczas, gdy Wisła tego roku jest nad wyraz łaskawa.

Na Cygańskim Potoku, uchodzącym do Sanu pod Bachorzkiem, nie tylko nie było mostka, ale nie uświadczyłeś nawet paru palików czy gałęzi wskazujących, w którym miejscu przekroczyć można wezbrany strumień. Nie brakowało jedynie błota zaprawionego obficie końskim i krowim łajnem. W takiej to właśnie brei, zanurzony wyżej osi, tkwił nieszczęsny wasąg z dwójką nieszczególnych powozowych koni; tak kościstych i wychudzonych, jakby połknęły obręcze starej beczki.

Jacek Dydyński, stolnikowic sanocki, wracający z pocztem z wojny inflanckiej, podniósł rękę. Nie przeprawiłby tędy swojego skarbnika i kolasy, nie usuwając najpierw zawalidrogi, który rozkraczył się na brodzie niby pijany Mazur na karczemnej ławie.

— Stawaj! — zakrzyknął Herakliusz Świrski, czarny jak żuk i chudy niczym smolna szczapa pocztowy. Był to znany w wojsku statysta i człowiek, który nie pijał wody — chyba że po pijanemu wpadł do kałuży. W towarzystwie znano go jako moczygębę wytrawionego ze szczętem przez małmazję i wino alikant, człeka, co z różnych pieców chleb jadał, a i w niejednej babskiej duchówce pozostawił bękarta. Świrski żywił się plotkami jak koń sianem.

— Nie ma przejazdu!

— Stóóóój!

Gdyby w błocie utknęła kolasa pięknej panny, Dydyński na własnych rękach wyniósłby nadobną łanię z pułapki; mając — jak każdy szlachcic — nadzieję, że w zamian za to da mu uszczknąć ze smacznego kąska, który każda niewiasta nosi pod sercem, jak i w miejscu wiadomym każdemu człowiekowi, który nie składał ślubów zakonnych. Gdyby zaś przejazd zastawił zwykły chłop albo Żyd, pan stolnikowic sięgnąłby po nahaja i otworzył sobie drogę sposobem najpewniejszym. Wszak poganianie woźnicy sprawdzało się o wiele lepiej niż smaganie koni.

Niestety, przy wasągu uwijało się pięciu chłopa, których niełatwo było skropić batem. Nie wyglądali na kmieci ani miejskich łyczków, a już w najmniejszym stopniu nie przypominali gładkich białogłów. Nie byli to także pachołkowie w barwach Stadnickich czy Krasickich; prędzej swawolna kompania albo — jeśli kto woli — kupa z gościńca. Ostatecznie mogli być zbrojnym pocztem zubożałego podgórskiego szlachcica, pana na pięciu kapuścianych głowach i czterech krowich ogonach.

Mówiąc krótko — zbieranina.

Prowodyrem tego — szumnie mówiąc — towarzystwa był szlachcic niegolony bodaj od Wielkiejnocy, z długimi posiwiałymi włosami wymykającymi się spod kołpaka. Jego oczy były niczym dwie ciemne szparki, a na pokiereszowanym obliczu można było wyczytać tyle, co na czystej karcie papieru — po prostu jedno wielkie nic.

Siedział w kulbace na podsobnym, czyli lewym dyszlowym koniu, podczas gdy umorusani aż po pachy kompani, zziajani i zdyszani jak brytany po biegu za niedźwiedziem, napierali na wóz, próbując wypchnąć go z trzęsawiska. Ci też nie wyglądali jak drużbowie od pary. Jeden w baranicy, z czarną brodą, dwóch kozaczków w hajdawerach jak parciane worki. Obok nich przycupnął w błocie hajduk w magierce i błękitnym, dziurawym żupanie. Kompania nie do różańca i tym bardziej nie do tańca, bo każdy miał przy boku szabelkę. Wiadomo — czasy były niespokojne. Jak bodaj od stu lat na Rusi Czerwonej.

— Służba! — zakrzyknął pan Jacek, bo choć z postawy nie brał ich za szlachtę, to jednak bardziej wyglądali mu na żołnierzy niż pielgrzymów albo zagonowych kmieci. Dlatego nawet nie podniósł ręki do wilczego kołpaka ozdobionego złotą szkofią. Jego śmigła klacz zwana Hetmanką nie chciała wejść w błoto — boczyła się i szarpnęła łbem w górę, okazując wielkie nieukontentowanie, dopóki pan nie dopomógł jej w podjęciu właściwej decyzji ostrogami. — Usuńcie się z drogi! Przejazd zastawiacie!

Szlachetka na koniu podniósł głowę, opuścił bat, powoli i niechętnie zsunął kosmatą czapę na lewe ucho.

— Dopraszamy się łaski, mości panie — rzekł uniżenie. — Oś diabeł kusiem strzelił. Ni wstecz, ni na wprost iść nie chce; pewnie zejdzie nam się do nocy. Chyba że nas ktoś wspomoże po chrześcijańsku.

Do wieczora nie było daleko; słońce zniżało się ku lesistym pagórom na drugim brzegu Sanu. Schodziło nad wzgórza przetykane kolorowymi łatami pól, gdzie na jednych niwach żółciło się dojrzewające zboże, inne zaś zdobione były na przemian — białawymi rojami kwiatów gryki lub niskim owsem — jak haftem utkanym z zielonych i żółtych plam. Rozlany potok nie dawał sposobności, aby wyminąć wasąg; prędzej oferował wątpliwą przyjemność kąpieli w błocku, trzcinach i tataraku, w objęciach zdradliwych białych nenufarów i sitowia. Dydyński także wody nie lubił, więc skrzywił się.

— Borek! Mykoła! Zaprząc nasze woźniki do wasągu, a jak nie wyciągną, to własnym grzbietem burty podeprzeć!

— Znaczy sje wyprzęgać?! — zagderał niski, pleczysty Borek wiodący dwukonny skarbny wóz pana Dydyńskiego. — Znaczy sje po błociech mamy brodzić? My?

— Co, może ja mam zejść?! Korona wam ze łba nie spadnie!

Woźnice niechętnie zeskoczyli na ziemię. Borek popluł w garście, złapał szory, odczepił je od orczyków, a potem poprowadził gniadosze ku brodowi, burcząc i gderając coś pod nosem. Mrukliwy i pobożny Mykoła nawet się nie odezwał — bez namysłu wszedł w głębokie, sięgające powyżej kolan błocko. Dwaj pachołkowie różnili się na tyle, że gdyby gadanina była srebrem, a milczenie złotem, Borek poszedłby z torbami, Mykoła zaś chadzałby w karmazynowych szatach.

Borek jak zwykle zamarudził na brzegu. Stękał i przestępował z nogi na nogę, jakby chadzał w satynowych ciżemkach krakowskiej ladacznicy, a nie prostych kowanych butach z bielskiej juchty, to jest wolej skóry. Dopiero kiedy Dydyński stuknął go rękojeścią nahaja w ramię, wykazując, że co pan każe, sługa musi, rad nierad wszedł w grząskie bajoro.

Oporów nie mieli pocztowi — Świrski i Damian Nieborski, zacny i wierny młodzian na służbie stolnikowica. Wpadli w bagienko na dobrych husarskich podjezdkach, podjechali do nieszczęsnego wozu.

— A skądże to Bóg prowadzi? — Świrski jak zwykle nie mógł utrzymać języka za zębami.

— Z daleka jedziecie? — Nieborski kręcił się przy wozie, zerkając do środka. Niewiele zobaczył, bo wasąg, choć pozbawiony pałuby, zakryty był z wierzchu płachtą szarego płótna.

Zarośnięty szlachcic uniósł głowę. Dydyński zaś dopiero teraz ujrzał, że przy jego boku nie wisiała szabla, ale długi, wąski rapier o czterograniastej głowni, z cebulowatą głowicą. Ozdobiony obłękami zwieszającymi się poniżej jelca niczym długie, niby dziegciowane kozackie wąsy.

— Z bardzo daleka.

— A bliżej?

— Z Wenecji.

— Cóż tam wieziecie? — Nieborskiemu nie wystarczyła widać ta krótka odpowiedź. Wrodzona ciekawość, która niejeden raz doprowadziła pocztowego do awantury, a jego pana do szewskiej pasji, znów wzięła górę nad rozsądkiem. Pachołek, nie pytając, odrzucił skraj płótna. — Olaboga! — zakrzyknął, widząc, co wyłoniło się spod materii. — Nieboszczyk, jak pana ojca miłuję!

I w rzeczy samej, na wozie spoczywała podłużna skrzynia okryta czerwonym aksamitem. Prosta, zbita z czterech desek, jak cztery przymioty i ideały szlachcica, z których najpierwszym była ostra szabelka, drugim rączy rumak, trzecim węgierskie wino, a czwartym rubaszny czerep utkany z honoru podbitego niczym ferezja polską fantazją i swawolą.

Jacek Dydyński prawie jęknął, bo młody Damian Nieborski był jak rozbrykany źrebak, a stolnikowic dość już miał wypłacania za niego basarunków, świecenia oczami po sądach lub wyciągania pacholika za łeb z wież starościńskich. Wiadomo — kto się o sługę nie ujmie, ten się o żonę nie ujmie. Ale po pierwsze, pan Jacek żony nie miał, a po drugie, ciekawość pana Nieborskiego przynajmniej o kilka razy za dużo okazała się pierwszym stopniem do piekła.

— Trumna, trumna — zarośnięty szlachcic zachował absolutny i niczym niezmącony spokój. Jednak jeden z kozaków złapał róg płóciennej płachty, po czym narzucił go na drewniany sarkofag, wygładził i przyklepał. — Waszmościowie nie dziwcie się, jedziemy z konduktem żałobnym. Z Wenecji do Korony Polskiej.

— A kogóż to — zapytał Świrski, jak zwykle spragniony nowin, plotek i doniesień z całego świata — pani małodobra w tany pochwyciła? Waszego patrona?

— Pana Janusza Bolestraszyckiego. Zszedł z tego świata imć nieboszczyk; w podróży zabity w pojedynku. Wieziemy ciało do ojców franciszkanów w Przemyślu, aby je pogrzebać u Świętej Marii Magdaleny.

— Pokój nad grzeszną duszą — mruknął Świrski, żegnając się leniwie. — Nic dziwnego, że o nim nie słyszałem, skoro dokonał żywota w pludrackim kraju. No tak, Wenecja, przeklęta Wenecja; łyki pieniężne, a harde i podłe, jakoby kije połknęli, a na przedmieściach same tylko murwy, narożnice francowate, kupcy i banditti jakoby szczury się mnożą. Miejsce równie zacne dla uczciwego szlachcica, co zamtuz dla siostry klaryski. Darujcie, bo zapomniałem, z której linii nieboszczyk ród wiódł? Z Irządza czy też z Bolestraszyc?

— Z Bolestraszyc — rzekł rapierzysty pan. — Po cóż inaczej wieźlibyśmy nieboszczyka do Przemyśla?

— A mnie się zdawało, że z Bolestraszyckiej gałęzi wywodzi się tylko pięciu braci: Jan, Samuel i Krzysztof, a takoż Erazm i Piotr. Gdzie tedy Janusz między nimi?

— Bo to jest najmłodszy syn Jana, naszego pana. Jegomość wysłał nas do Wenecji po ciało. Tak i przywieźliśmy na jego nieszczęście.

— A nie zepsuł się nieboszczyk? — koniecznie chciał wiedzieć Nieborski. — Przecie z Wenecji siła drogi. Ze dwie niedziele jazdy się zejdzie. Konno i koleśno.

— Dość tego — uciął Dydyński dalsze wywody swoich ludzi, a zwłaszcza zbliżającą się dłuższą tyradę pana Świrskiego, iż Bolestraszyccy pieczętują się herbem Lis, przy czym ci z Irządza używają odmiany, gdzie na tarczy jest strzała srebrna dwa razy przekrzyżowana, ci zaś z Bolestraszyc takiej, gdzie strzała krzyżyk ma tylko jeden, ale w zamian za to w klejnocie nad tarczą sterczą trzy pióra strusie zamiast czerwonego lisa. — Imajcie się szorów!

Woźnice zaprzęgli woźniki do kolasy. Borek stanął przy pysku lewego, wiodąc go za uzdę, a Mykoła podparł tył wasągu plecami.

— Ruszajcie! Razeeeem! Już!

Skrzypnęły osie, zatrzeszczały szory i powrozy. Zarówno ludzie zarośniętego, jak i słudzy stolnikowica dobyli wszystkich sił. Wsparli się w burty wozu, stękając, klnąc i dysząc.

Jacek, trzeba przyznać, pomógł im całkiem uczciwie, porzuciwszy swój szlachecki stan i wojskową rangę towarzysza husarskiego. To znaczy żgnął parę razy Mykołę w łeb i plecy sarnią nóżką, w którą oprawiona była rękojeść nahaja.

— Dalej! Ruszajcie się! — zagrzewał wszystkich pan Nieborski. — Zapada się! Uważajcie!

Konie rżały, baty trzaskały, wasąg zaś nie miał ochoty, by opuścić błoto.

— Mospanowie, źle czynicie — Świrski postanowił udzielić utrudzonym ludziom kilku zbawiennych rad. — Nie przed się pchajcie, ale do góry podnoście! Uuuu… Mówiłem, że nie pójdzie! Bo to najpierw podważyć trzeba kłonicą!

Nie wiadomo, co poskutkowało bardziej — zbawienne fortele pana Świrskiego czy dodatkowe konie zaprzęgnięte do orczyków. Nagle bowiem wóz drgnął, a potem ruszył naprzód. Droga do brzegu dłużyła się nieznośnie, bo pęknięta i wyłamana oś stercząca z boku zahaczała o korzenie, przesuwała się z chrzęstem po kamieniach, póki wasąg nie znalazł się na twardym gruncie.

Mykoła i Borek wyprzęgli konie, odprowadzili je do wozów. Szlachcic z rapierem zeskoczył na ziemię, podszedł do Dydyńskiego, skłonił się dwornie i zdjął czapkę.

— Jesteśmy dłużnikami waszmości — rzekł zmęczonym głosem. — Racz przyjąć podziękowania. Nasz pan, jegomość Jan z Bolestraszyc, będzie się umiał odwdzięczyć za przysługę. A waszmości już dziś w jego imieniu na pogrzeb i stypę zapraszamy.

— Bywajcie zdrowi!

— Żegnajcie!

— Ruszaj! — krzyknął Świrski. — Ostrożnie zajeżdżaj!

Drugi brzeg powitał ich wonią świeżego siana i wieczornymi cieniami gęstniejącymi pod koronami rozłożystych lip. Wjechali na łąkę ścielącą się pod kopytami zwierząt, miękką i delikatną jak perski kobierzec. Dalej, w bok od drogi, ciągnęły się nadsańskie lasy, przeplatane bezdrzewnymi polanami dochodzącymi aż do samej rzeki. Tu rozłożyste jesiony i olsze kłaniały się w pas strzelistym topolom, a rosochate wierzby kuliły się po brzegach traktu jak podróżni odpoczywający po męczącym dniu.

Minęli łany żółcącej się pszenicy, z rzadka przeplatane wąskimi smugami gryki, poletkami owsa i długimi zakosami pastwisk, nad którymi gdzieniegdzie unosiły się wątłe strużki dymu, niekiedy śmiech, innym zaś razem dźwięczny głos pasterskiej fujarki. Przejechali obok Bachorzka zasłoniętego drzewami, nad którymi sterczała dzwonnica i krzyż na dachu kościoła Świętej Katarzyny.