Bohdan Petecki
X-1 uwolnij gwiazdy!


LEONARDO, BŁĘKITNA I…

Spójrz, chlubo rodziny — odezwał się Adam — jesteśmy na miejscu. — Mrugnął porozumiewawczo na Darka, po czym odwrócił głowę i przykleił nos do szyby iluminatora. — Przyjrzyj się dobrze — dodał po chwili — oto pole twojej sławy i chwały. Tu przejdziesz do historii jako gwiazdor wszechczasów.

Darek najchętniej puściłby mimo uszu te słowa wypowiedziane tonem doszczętnie wypranym z szacunku należnemu bohaterowi poważnej, bądź co bądź, filmowej przygody, ale ciekawość przemogła. Zresztą w ciągu kilku tygodni, które spędzili razem, chłopiec nauczył się wybaczać temu swojemu najdziwniejszemu ze stryjów jego rozliczne fanaberie i nieznośny sposób mówienia, podwójnie nieznośny, kiedy zwracał się do „chluby rodziny”. Poza tym bowiem Adam okazał się równym i lojalnym kompanem. A nadto posiadał pewną cechę wyróżniającą go spośród wszystkich możliwych krewnych.

Mianowicie w jego towarzystwie nigdy, ani przez sekundę, nie sposób było się nudzić.

Z początku wyglądało wszystko całkiem inaczej. Z początku, to znaczy wtedy, kiedy matka Darka, Alicja Ryska, pracownica naukowa Bazy Instytutu Biochemii Rejonu Wielkich Planet na Ganimedzie, oświadczyła chłopcu, że Adam zgodził się otoczyć go opieką na czas kręcenia filmu. Darek zaprotestował gwałtownie. Najmłodszego brata swego tragicznie zmarłego ojca nie widział od lat, a w niejasnych wspomnieniach majaczyły mu jedynie — ciemna, rozwichrzona czupryna i śmiech przypominający pracę młota pneumatycznego.

— Adam jest niewiele starszy od ciebie — tłumaczyła matka.

— Opiekun powinien być poważny i doświadczony — odpowiedział ponuro Darek.

— Więc nie chcesz wystąpić w tym filmie? — zagadnęła podstępnie rodzicielka przyszłego gwiazdora. — Przecież wiesz, że ja teraz nie mogę się ruszyć z Instytutu. Akurat trwa seria bardzo ważnych doświadczeń.

Darek.wiedział, że doświadczenia są ważne. Mimo to z uporem obstawał przy swoim.

— To nie przyjmę tej roli — oświadczył z samozaparciem.

Już jednak mówiąc te słowa, nie bardzo wierzył w swoją szczerość. Pokusa była bowiem nie do odparcia. No i miałby się zmarnować ten przedziwny, wręcz cudowny zbieg okoliczności?…

Wszystko zaczęło się od tego, że do bazy na Ganimedzie przybyła ekipa — ni mniej, ni więcej — tylko filmowców. I to nie któraś tam z kolei grupa wścibskich obieżyświatów pragnących olśnić wi dzów reportażem z obszaru Wielkich Planet. Nie. Ta ekipa podróżowała od jednego.sztucznego satelity do drugiego, buszowała po wszystkich stacjach planetarnych w poszukiwaniu odtwórcy głównej roli w nowym przygodowym serialu holowizyjnym. Zrobili Darkowi próbne zdjęcia i… dalej już nie szukali. Tak właśnie było. Sam Darek nie bardzo wiedział, co o tym myśleć, bo dotychczas jakoś nie wydawał się sobie ani nadzwyczaj przystojny, ani utalentowany, a w ogóle nie marzył o żadnych nadzwyczajnościach, tylko chciał kiedyś skończyć studia i zacząć pracować na swoim rodzinnym Ganimedzie razem z mamą. Ale nawet najzwyczaj-niejszy i najnormalniejszy chłopiec, kiedy nagle ni stąd, ni zowąd spadnie mu z nieba propozycja zagrania głównej roli w serialu, którym będą się pasjonować miliardy widzów, może doznać zawrotu głowy. Tak było i z Darkiem.

Z tego leciutkiego oszołomienia wyrwała go właśnie wiadomość, że, owszem, będzie mógł polecieć kręcić ten film, ale pod opieką Adama.

— On przecież nawet nigdzie nie mieszka — wygrzebał z zakamarków pamięci kolejny argument, którym chciał przekonać mamę, jak niestosowny był proponowany przez nią kandydat.

— Po cóż reporterowi stały adres? — zarepliko-wała mama. — A jeśli chcesz wiedzieć, Adam jest uważany za najzdolniejszego dziennikarza Tevo-presu. Oni sami tak o nim mówią. Do Tevopresu nie masz chyba zastrzeżeń?

Darek wiedział, że Tevopres jest jedną z najbardziej szacownych centralnych agencji informacyjnych. No i co z tego?

— Ty wiesz przecież, jak ojciec kochał swojego najmłodszego brata — usłyszał wreszcie słowa wypowiedziane cichym głosem, tonem łagodnego wyrzutu.

Na to nie znalazł już odpowiedzi. O ojcu mówiło się w domu niezbyt często. Był wybitnym uczonym, jednym z twórców filii Instytutu na Ganimedzie. Zginął w katastrofie sondy, przeprowadzając badania w atmosferze Jowisza. Wtedy Alicja, jego żona, poprosiła o przeniesienie na Ganimeda. Chciała kontynuować pracę swojego męża i kierownictwo Instytutu uszanowało jej wolę. Od piątego roku życia Darek wychowywał się w jednej z najdalszych baz naukowych w układzie słonecznym. Skończył zdalnie ziemską podstawówkę i uważał Ganimeda za swoją ojczystą krainę, część Wielkiej Ziemi.

Powołanie się na pamięć ojca przesądziło sprawę. Darek nie powiedział już słowa na temat swego stryja.

W tydzień później przyleciał Adam. Chłopiec przyjął go godnie, chłodno i uprzejmie. To znaczy, postanowił sobie, że tak go przyjmie. W praktyce okazało się to zupełnie niemożliwe. Adam bowiem najpierw obejrzał go ze wszystkich stron, stwierdzając, że podobnej małpy na ekranie nikt nigdy jeszcze nie widział i że chociażby dzięki temu film będzie wstrząsający, a następnie niespodziewanie podrzucił go pod sam sufit kabiny, wołając:

— Hura, chlubo rodziny!

— Daj spokój — mitygowała reportera uśmiechnięta Alicja.

— Nie mogę! — zakrzyknął Adam. — Jestem zbyt dumny. Gwiazdorze! — Położył rękę na sercu i perorował z patosem: — Niech promyk twej sławy padnie i na mnie! Choć jeden, najmniejszy pro-myczek…

Po czym, ku całkowitemu zaskoczeniu osłupiałego chłopca, puścił się w szalony, gorączkowy taniec. Skacząc, podrygując, waląc nogami o podłogę wyjaśniał równocześnie zdyszanym głosem, że jest to taniec triumfalny pewnego plemienia afrykańskiego, który zdobył nagrodę „Czarnej Maski” na ostatnim festiwalu folklorystycznym w Kenii.

Szanowany powszechnie dziennikarz długo jeszcze szalał w najdzikszych wygibasach, by następnie z szybkością błyskawicy rozstawić w kabinie swoją aparaturę reporterską i przeprowadzić dla Te-vopresu pierwszy wywiad z przyszłym gwiazdorem. O tym, co Darek mówił w czasie tego wywiadu, nikt nigdy nie zająknął się bodaj słowem. Ludzie potrafią czasem okazać miłosierdzie nawet wybrańcom losu.

Dalej wszystko potoczyło się jak we śnie. Adam zabrał Darka na Ziemię, gdzie wytwórnia filmowa od razu przystąpiła do kręcenia wstępnych scen. Opowiadały one o dzieciństwie bohatera. To filmowe dzieciństwo Darka było trochę dziwne. Według scenariusza miał on bowiem grać rolę chłopca wychowanego na Ziemi w skrajnie cieplarnianych warunkach. Miał mieć usposobienie ciche i przejawiać jedynie skłonność do naukowych dociekań. Takiego właśnie bohatera postanowiono w filmie przenieść na jakiś niesłychanie daleki i nie mniej dziki glob. Tam spotka dziewczynę wychowaną na stacjach satelitarnych, w kabinach gwiazdolotów i w najdalszych zakamarkach kosmosu. Dziewczynę, dla której prowadzenie rakiety lub samotna podróż w skafandrze przez głowicę komety miały być czymś tak zwyczajnym, jak dla filmowego Darka ścieżynki w ziemskim rezerwacie. Tej swojej partnerki chłopiec dotąd nie widział, bo sceny obrazujące ich dzieciństwo, tak bardzo przecież różne, kręcili osobno. Wiedział tylko, że ma na imię Sonia i, żeby było śmieszniej, nigdy nie wy-ściubiła nosa poza Ziemię. Powiedziano mu także, że dziewczyna przebywa w bazie budowniczych nowego miasta w obszarze planetoid. Teraz właśnie miało dojść do ich spotkania. Prawdziwego, a następnie filmowego.

Rakieta wioząca Adama i Darka dobijała już do stacji budowniczych, jej konstrukcja stale powiększała się za iluminatorami. I właśnie w tym momencie Adam poprosił „chlubę rodziny”, by zechciała sobie obejrzeć teren swoich przyszłych sukcesów aktorskich. Które to zaproszenie, jak już wiadomo, acz bez zadowolenia — przecież jednak zostało przyjęte. Darek posłał stryjowi kose spojrzenie, ale posłusznie przytknął nos do sąsiedniego iluminatora.

— Taka mała! — mruknął pogardliwie. Adam zaśmiał się głośno.

— Nie zdążyli zbudować większej, by godnie przyjąć szanownego gwiazdora — powiedział usłużnym tonem. — Należy im się za to reprymenda. Ale starają się — usprawiedliwiał twórców stacji — to maleństwo jest przecież tylko czymś w rodzaju biura konstrukcyjno-projektowego. Jego załoga zajmuje się budową nowego kosmicznego miasta dla stu tysięcy mieszkańców. Czy wielkość takiego obiektu uznamy za wystarczającą, czy też mam w imieniu gwiazd ekranu zażądać rozbudowy miasta… powiedzmy, do pół miliona?

Ktoś w tylnych rzędach foteli zachichotał. Tego było już Darkowi za wiele.

— Drogi stryju — odezwał się najdonośniej-szym i najgrubszym szeptem, na jaki tylko udało mu się zdobyć — czy musisz się wygłupiać?

Chichot ucichł jak ucięty nożem. Martwą ciszę przerwał po chwili głos Adama.

— Czasem muszę — westchnął z ubolewaniem. Nagle, nie odrywając nosa od szyby, wybuchnął swoim zwykłym, zdrowym śmiechem. Statek zadygotał, jakby pilot dostał ataku czkawki.

— Gol! — zakrzyknął słynny reporter.

— Co chciałeś przez to powiedzieć? — zainteresował się uprzejmie Darek.

— To miało znaczyć — jeden: zero. Dla ciebie — wyjaśnił Adam. — A teraz patrz, gamoniu, bo dobijamy i za chwilę będzie za późno.

Darek chętnie podtrzymałby tę tak obiecującą rozmowę, ale stacja rzeczywiście była tuż-tuż i nie miało sensu tracić jedynej być może okazji, żeby ją sobie obejrzeć. Poprzestał więc na tym częściowym zwycięstwie, nieco tylko osłabionym owym „gamoniem”, i na powrót przywarł twarzą do szyby iluminatora.

Stacja była rzeczywiście nieduża. Nieduża, ale dziwna. W niczym nie przypominała nie tylko dwóch pierwszych osiedli pozaziemskich, Leonarda i Błękitnej, ale nawet zwykłych, istniejących w przestrzeni załogowych laboratoriów. Jej niezhar-monizowane przybudówki i platformy, sterczące bezładnie kratownice, skośne lądowiska i ogromne, jakby portowe wysięgniki sprawiały wrażenie czegoś surowego i obcego. Z czerni kosmosu wynurzały się ażurowe dżwigary, kopulaste bryły z zarysami włazów. Darek zrozumiał, dlaczego tę właśnie stację — biuro konstrukcyjno-projektowe, jak powiedział Adam — postanowiono uczynić miejscem akcji ich filmu. Ten obiekt rzeczywiście gotów był wzbudzić jakąś grozę u ziemskich mieszczuchów. Na nim naprawdę mogły się rozgrywać najdziwniejsze przygody, od biedy mógł nawet udawać twór obcej cywilizacji.

Ostatnią rzeczą, jaką chłopiec zauważył, była krawędź niewielkiej platformy z wystającymi szczękami elektromagnesów, po czym za iluminatorem nastała noc. W kabinie statku natomiast zapłonęły wszystkie lampy. To światło dało znać pasażerom, że zawinęli do portu.

Idąc już w stronę otwartej śluzy, Darek spojrzał na zegarek. Według ziemskiego czasu była siódma rano. Tutaj, rzecz.jasna, nic to nie mówiło. Chłopiec gdziekolwiek się znalazł, dostosowywał się od razu do czasu miejscowego, co u kogoś wychowanego na obiektach pozaziemskich było normalnym odruchem. Dlatego zaraz po wejściu do przedsionka stacji spytał odwracając głowę;

— Która godzina?

— Skąd mam wiedzieć — odpowiedział Adam.

— Jest trzynaście minut i siedem sekund po piątej… osiem sekund…

— Dziękuję — powiedział Darek, zwracając się z uprzejmym gestem w stronę automatu z pomarańczową, połyskującą lampkami głową.

— …dziewięć sekund — zdążył jeszcze wymówić automat, zanim zrewanżował się chłopcu skinieniem poświęcającej głowy. Następnie powiedział:

— Proszę. Witamy na stacji. Czy przybysze znają drogę do swoich kabin?

Adam z Darkiem przystanęli i rozejrzeli się dokoła. Oprócz nich w kiszkowatym korytarzu nie było żywego ducha. Tylko oni dwaj wysiedli ze statku, który już ruszał w dalszą drogę, o czym świadczyła szczelnie zamknięta klapa śluzy.

— Przybysze nie znają — oświadczył w końcu Adam; zwracając się do pomarańczowego.

— Kogo mam przyjemność witać? — spytał niezmiennie uprzejmym tonem automat.

— Adam Ryska.

— Darek Ryska.

Słowa te padły równocześnie. Pomarańczowemu nie sprawiło to jednak najmniejszej różnicy. Po-milczał chwilę, pozwalając tylko żywiej błyskać swoim kolorowym lampkom, po czym nagle jakby się ocknął.

— Pan Adam Ryska i pan Darek Ryska proszeni są do dużej pracowni projektowej. Panowie pozwolą, że pójdę przodem — automat ponownie skłonił głowę i wolno potoczył się w głąb korytarza.

Adam i Darek spojrzeli po sobie, po czym ruszyli za nim.

— To tutaj — oświadczyła pomarańczowa głowa, otwierając któreś z rzędu drzwi. — Panowie zechcą wejść, a gdyby wewnątrz nie było jeszcze nikogo, uprzejmie proszę chwilę poczekać. Dziękuję za towarzystwo.

— Czy on tak musi? — bąknął Adam, wchodząc do tonącej w półmroku wielkiej sali.

— To tylko automaty pomocnicze — wyjaśnił Darek tonem bywalca. — Robocze są bardziej rzeczowe.

— Dziękuję za pouczenie — zaśmiał się Adam i rozejrzał się po pomieszczeniu, do którego przyprowadził ich superuprzejmy pomocniczy. Nie znalazł tu jednak widać nic godnego uwagi, bo nagle odwrócił się do Darka, ciągle jeszcze tkwiącego w dość bezradnej postawie przy wejściu.

— Poczekaj tu chwilę — zaproponował z na-głym ożywieniem — a ja rozejrzę się trochę i zaraz wrócę. Jest niby wcześnie, ale ktoś przecież musi czuwać. Jakiś dyspozytor czy ktoś w tym rodzaju. Tylko chwileczkę — zapewnił jeszcze, po czym klepnąwszy chłopca lekko po ramieniu, przemknął obok niego i zniknął w korytarzu.

Darkowi niezbyt uśmiechała się perspektywa spę-dzenia „chwileczki” w tej nieznanej, mrocznej hali, ale nic nie powiedział. Zresztą, zanim się opamiętał, na jakąkolwiek interwencję było za późno.

Piętnastoletni mężczyzna, Ziemianin, obywatel Ganimeda, przyszły badacz obszarów granicznych układu słonecznego, a chwilowo aktor filmowy — nie traci jednak zimnej krwi dlatego tylko, że dookoła jest ciemno i pusto. Toteż Darek nie zastanawiał się długo, zaczerpnął głęboko powietrza i śmiało wkroczył do wnętrza sali. Przy czwartym czy piątym kroku potknął się o jakiś leżący na podłodze kabel, na skutek czego oddalił się od wejścia nieco szybciej, niż wymagały tego okoliczności. Wymachując ramionami, żeby odzyskać równowagę, uderzył dłonią o twardy przedmiot, jakby zawieszony na linie lub umieszczony na wysokim statywie. Zabolało. Ale natychmiast zapomniał o bólu i, tylko odruchowo rozcierając stłuczone miejsce, utkwił wzrok w przeciwległym ro-gu sali.