– Myślę, że byłoby rozsądnie, gdybyśmy znowu zawiązali spółkę – oparł Wing. Sięgnął do szuflady i wyjął plik papierów. – To jest umowa spółki, bardzo podobna do tej, którą podpisaliśmy tworząc BlackWing.

Cole spojrzał na papiery, ale nie sięgnął po nie.

– Zbyt wolno czytam – skłamał cicho. – Przełóż mi ten żargon na ludzki język, ale nie zasypuj mnie niezrozumiałymi prawniczymi terminami, bo zaraz stąd wyjdę i pierwszym samolotem wrócę do Brazylii.

Wing bez wahania położył umowę na biurku. Czubkami palców prawej dłoni niemal pieszczotliwie pogładził kosztowny, chropowaty papier. Przemówił wolno, głosem człowieka, który ostrożnie dobiera słowa.

– Dziesięć lat temu stworzyliśmy BlackWing Resources opierając się na twojej doskonałej znajomości geologii i moich zdolnościach do prowadzenia interesów. To była dobra spółka, przynosiła dochody, dlatego że każdy z nas robił dla niej to, co umiał najlepiej.

– Nasza współpraca szła dobrze, bo zatrudniałeś geologów, żeby sprawdzali moje raporty, a ja wynajmowałem księgowych, którzy sprawdzali twoje – zauważył ironicznie Cole.

Wing skinął głową.

– Nasza spółka opierała się przynajmniej w takim stopniu na inteligencji, jak na zaufaniu. Rodzina Chen znowu potrzebuje twojej inteligencji. Jesteś nam potrzebny.

– Do czego?

– Podejrzewamy, że być może jesteś współwłaścicielem złoża, z którego wydobyto te diamenty.

Przez długą chwilę jedynym dźwiękiem w pomieszczeniu był szum klimatyzacji. Cole przyglądał się uważnie Wingowi.

– Nie raz w życiu kupowałem, sprzedawałem i zamieniałem działki, na których znajdowały się złoża diamentów – odezwał się w końcu Amerykanin. – Chcesz powiedzieć, że przeoczyłem coś tak niezwykłego?

– Podpisz tę umowę, a odpowiem na twoje pytania. Jeśli nie podpiszesz, niczego więcej się nie dowiesz.

Wing zebrał diamenty i po jednym zaczął wkładać do zniszczonej welwetowej sakiewki. Cole obserwował go, dopóki w jej wnętrzu nie zniknął zielony kamień. Wtedy wziął papiery i zaczął czytać.


Rozdział drugi

Gwiazda Polarna jednakowym blaskiem oświetlała tundrę, rzekę i góry. Była połyskliwym centralnym punktem, wokół którego w lodowatym przepychu krążyła noc. Księżyc znaczył srebrem wody rzeki. Światło było nieziemskie i zimne jak śnieg. Czarny wiatr z nieznanej przyszłości szumiał w długiej dolinie, szepcząc opowieści o pradawnych lodowcach i nadchodzącej północy, która nie zna świtu.

Właśnie to chciała uchwycić Erin Shane Windsor, subtelność i chłód wieczności namalowane światłem księżyca na powierzchni rzeki, która z wolna zmieniała się w lodową taflę. Nie zważając na mróz i samotność na rozległych przestrzeniach Alaski, Erin dokonała ostatnich poprawek w ustawieniu aparatu i odstąpiła o krok od statywu. Nacisnęła gruszkowaty wyzwalacz palcami zbyt zesztywniałymi od zimna, żeby czuć jego dotyk. Migawka otworzyła się i zamknęła z wyczuwalnym oporem, odmierzając czas ekspozycji, który wybrała Erin. Na wszelki wypadek zrobiła jeszcze kilka zdjęć. Długi, jedwabiście szeleszczący dźwięk mechanizmu przewijającego film wydawał się głośny na tle arktycznej ciszy.

Wykonawszy ostatnie ujęcie natychmiast zaczęła na nowo przygotowywać aparat. Kiedy ustawiła ostatnie parametry, zaklęła pod nosem, a jej oddech zmienił się w połyskujący obłoczek srebrzystej pary. Traciła cierpliwość; zostało jej niewiele czasu na wykonanie zamierzonego zdjęcia. W tej chwili księżyc świecił pod odpowiednim kątem i oświetlał trzy kręte zakola rzeki, którym jakby echem odpowiadały faliste kształty gór.

Niestety, kula ziemska wciąż się obracała, a wiatr zbijał chmury w jednolitą masę. Każda chwila nieodwołalnie zmieniała najważniejszy element całej scenerii – światło.

Zegarek Erin zapiszczał ostrzegawczo. Nie zwróciła na niego uwagi. Był to dopiero pierwszy z sygnałów alarmowych, jakie zaprogramowała. Często tak postępowała, ponieważ kiedy robiła zdjęcia, reszta świata przestawała dla niej istnieć. Jej zdolność koncentracji miała swoje dobre i złe strony. Oddalała ją od cywilizacji, gdzie czas trzeba dzielić na małe odcinki, nie mające znaczenia poza murami wielkich miast.

– Cholerne ręce! Cały czas się trzęsą – wymamrotała. Zesztywniałymi od mrozu palcami starała się ustawić na aparacie odpowiedni czas i przesłonę.

Zegarek znów się odezwał.

Chociaż Erin odsuwała od siebie ten dźwięk, część jej świadomości niechętnie przyznawała; że istnieje świat poza obiektywem aparatu i w tym innym świecie musi zdążyć na samolot i wrócić do cywilizacji, której przez ostatnie siedem lat starała się unikać. Jak dzikie gęsi i ptaki przybrzeżne, które fotografowała w tundrze; jak wieloryby fotografowane z łodzi tubylców, Erin wyruszała na południe. Jednak w przeciwieństwie do ptaków i wielorybów ona miała przed sobą dni podzielone na godziny, minuty i sekundy, bez chwili swobody i zapomnienia.

Nacisnęła wyzwalacz, przesunęła film i znów nacisnęła, uruchamiając aparat. Wsłuchiwała się w cichy trzask migawki, która zapisywała ulotne chwile, uwalniając je spod władzy zegara i czasu odmierzanego biciem serca.

Skupiona, cierpliwa, drżąc z zimna, którego nie czuła, Erin jeszcze raz ustawiła aparat, zauroczona surowością czarno-srebrnego krajobrazu. To zdjęcie było jej pożegnaniem z ukochaną krainą. Tutaj odnalazła jakieś mityczne piękno, które od pierwszej chwili ją przyciągało. To piękno odciskało się na życiu ludzi, między którymi mieszkała, Eskimosów i Aleutów, polujących, żeby przeżyć.

Razem z tubylcami, płynąc w skórzanym canoe między polarną krą, polowała na wieloryby. W tych chybotliwych łodziach dowiedziała się, że ludzie prymitywni boją się, kochają i czczą zwierzynę, na którą polują. Człowiek cywilizowany po prostu zabija nowoczesną bronią, nic nie ryzykuje i niczego się nie dowiaduje ani o sobie, ani o zwierzynie, ani o życiu, śmierci i sprawach transcendentalnych. Erin znała takich ludzi, ludzi nowoczesnych. Wolała bezosobowy chłód Arktyki.

Sygnał zegarka odzywał się coraz częściej, aż wreszcie przeszedł w jednostajny pisk, przypominając Erin o pilnym telegramie, który tego ranka przeczytano jej przez krótkofalówkę.

MUSISZ NATYCHMIAST WRACAĆ STOP PILNA SPRAWA RODZINNA STOP DALSZE INSTRUKCJE NADEJDĄ STOP JAMES ROSEN

– Siedź cicho – wymamrotała. – Po prostu siedź cicho.

Zesztywniałym palcem wskazującym nacisnęła na przycisk alarmu i uciszyła zegarek. Wiedziała jednak, że jest za późno. Jej skupienie rozproszyło się, ponieważ nie mogła wyrzucić z myśli Jamesa Rosena z taką łatwością, jak wyłączyła sygnał alarmowy.

MUSISZ NATYCHMIAST WRACAĆ STOP

Erin odpychała od siebie to polecenie. Na siedem lat zapomniała o cywilizacji. Może o niej nie pamiętać jeszcze przez siedem minut.

W ogóle nie zwróciłaby uwagi na to wezwanie, gdyby sama nie przeczuwała, że jej arktyczny epizod dobiega końca. Rzeczywiście tak było. Zrobiła tu już wszystkie możliwe zdjęcia i wchłonęła w siebie potrzebne jej obrazy. Wewnętrzny nakaz, który siedem lat temu przygnał ją w te dzikie strony, nie odzywał się już tak głośno. Nie była tym samym człowiekiem co wtedy. Zadawała sobie teraz pytania, na które na Alasce nie znajdowała odpowiedzi.

Pomyślała, że Jeffrey będzie zachwycony jej powrotem, i żałowała, że nie było to dla niej wystarczającą pociechą. Jeffrey Fisher, jej nowojorski redaktor, nie rozumiał, dlaczego tak długie lata spędziła w tej dziczy. Nie rozumiał też niepokoju, który gnał ją w strony rzadko odwiedzane przez innych. Podziwiał technikę jej zdjęć i artystyczne spojrzenie, ale ciągle ją namawiał, żeby zajęła się „cywilizowaną” fotografią i uwieczniała angielskie farmy, francuskie winnice, starożytne posągi greckie i nowoczesne kurorty nad Morzem Śródziemnym,

Z początku Erin próbowała wytłumaczyć Fisherowi, dlaczego nie chce się zająć zleceniami w Europie. Starała się mu wyjaśnić, że chociaż cywilizacja chroni przed straszliwym fizycznym niedostatkiem, to jednocześnie uniemożliwia wspaniałe psychiczne doznania, jakich się doświadcza walcząc o przetrwanie. Fisher nic z tego nie rozumiał. Ulubione przez Erin wybrzeże Oceanu Spokojnego i obce kultury były zbyt odległe od Manhattanu i za bardzo się od niego różniły, żeby mógł coś zrozumieć. Wschodnie Wybrzeże spoglądało ku wschodowi, Europie i ku przeszłości. Zachodnie Wybrzeże kłoniło się ku zachodowi, dzikim wyspom na oceanie i ku przyszłości..

Niestety, Erin zabrakło już wymówek, dlaczego nie chce przyjąć zlecenia na pracę w Europie i odmawia fotografowania farm, piwniczek z winami i srebrnych sztućców w świetle świec. Skrupulatnie tak ułożyła swoje plany na przyszłość, żeby nikomu nie sprawić zawodu, jeśli wyjedzie na kilka miesięcy lub nawet na rok. Poczyniła wszystkie przygotowania, tylko nie udało się jej wykrzesać z siebie entuzjazmu dla starannie aranżowanych zdjęć w Europie. Każde inne zadanie bardziej by jej odpowiadało.

Wiele razy odwiedzała stary kontynent i za każdym razem bardziej ją przygnębiał, niż zachwycał. Częściowo być może dlatego, że jej były narzeczony stamtąd pochodził, a przynajmniej tak utrzymywał.

PILNA SPRAWA RODZINNA STOP

Europa kojarzyła jej się też z pracą ojca, dyplomacją, tajemnicami, spiskiem i zdradą, której ofiary do końca życia nosiły blizny; oczywiście, jeśli udało im się przeżyć.

DALSZE INSTRUKCJE NADEJDĄ STOP

Instrukcje, ale nie prawdziwe wyjaśnienie. Człowiek wynalazł cywilizację, żeby unikać naturalnej prawdy, wymyślił czas, żeby ludzkie kłamstwa stały się bardziej wiarygodne.

PILNA SPRAWA RODZINNA

Erin stała bez ruchu, otoczona jasnym, srebrzystym światłem i przenikającą wszystko niezmąconą ciszą, wiecznością zbitą w jedną skrzącą się bryłę, w której tracą znaczenie takie ludzkie pojęcia jak prawda i kłamstwo, życie i śmierć, sprawiedliwość i krzywda.

MUSISZ NATYCHMIAST WRACAĆ

Los nie jest ani sprawiedliwy, ani niesprawiedliwy. Po prostu trudny do przewidzenia. Czasami niespodzianki, jakie niesie ze sobą życie, są tak wspaniałe, że zapierają dech w piersiach, jak piękno Arktyki. Czasem są nad wyraz okrutne, jak Hans. Jednak niespodzianki to podstawowa materia życia, a Erin zdecydowała się żyć.

Ostatni raz uciszyła zegarek i zaczęła pakować sprzęt na długą podróż do Los Angeles.


Rozdział trzeci

– Kiedy zginęło tych dwoje chińskich zabójców?

W głosie, nieco zniekształconym przez łącze satelitarne i urządzenie szyfrujące, pobrzmiewał akcent, jakiego nabywa się w ekskluzywnych angielskich szkołach; pogardliwy ton drażnił Jasona Streeta. Hugo van Luik był potężnie zbudowanym Holendrem z czupryną gęstych siwych włosów, ale jego sposób mówienia kojarzył się Australijczykowi z mydłkowatym Anglikiem. Street pociągnął potężny łyk piwa i odstawił dużą puszkę na biurko, zanim znowu odezwał się do słuchawki.

– Dwanaście godzin temu, może trochę wcześniej.

– Dlaczego tak późno składasz raport?

– Chciałbyś, żebym gadał o naszych sprawach przez zwykły telefon? – odparł zaczepnie Street. – Pamiętaj, że to jest cholerna Australia. Każdy, kto ma słuchawkę, może podsłuchiwać rozmowy przez radiotelefon. Zakopałem Chińczyków, przeszukałem dom Abe'a, wróciłem do Perth i dopiero stąd do ciebie zadzwoniłem.

Szesnaście tysięcy kilometrów od Perth, na piątym piętrze szarego, bezosobowego budynku przy Pelikanstraat, głównej ulicy antwerpskiego centrum handlu diamentami, Hugo van Luik zmrużył oczy, starając się odegnać oślepiający ból głowy. W tej chwili był w biurze sam, więc pozwolił sobie niedbale wyciągnąć się w fotelu. Mdłości ścisnęły mu żołądek, potem ustąpiły. Głęboko, z ulgą wciągnął powietrze. Van Luik był potężnym człowiekiem, zarówno fizycznie, jak i na polu zawodowym, ale za swoją potęgę musiał słono płacić. Ostatnio cena wydawała mu się coraz wyższa.

– Bardzo dobrze – odezwał się Holender. – Reasumując, spisany ręcznie testament, welwetowa sakiewka i blaszane pudełko zniknęły, zanim ty przyjechałeś. Dziesięć lat pracy poszło na marne.

– Właśnie. Powinieneś pozwolić mi, żebym się zabrał za Abe'a Windsora na swój sposób. Zaraz by wszystko wyśpiewał.

– Może. Ale jest jeszcze bardziej prawdopodobne, że człowiek w jego wieku zmarłby w czasie tortur i zostawił tajemnicę spadkobiercy. To było zbyt ryzykowne.

– Za to teraz, koleś, nie ma żadnego ryzyka.

– Twoja trzeźwa ocena minionych wydarzeń jest godna podziwu.

Street nie odpowiedział. Nie znosił precyzyjnego Holendra, którego władza ukrywała się za niewiele mówiącym tytułem dyrektora do spraw operacji specjalnych w Dziale Handlu Diamentami. Jason Street nienawidził van Luika, ale jednocześnie się go bał.

– Doskonale – rzucił Holender. – Teraz opowiedz wszystko jeszcze raz od samego początku.

To była jego ulubiona taktyka postępowania z takimi krnąbrnymi osobnikami jak Jason Street. Zmuszanie do powtórek podkreślało niższą pozycję podwładnego i jednocześnie odsłaniało wszystkie drobne nieścisłości, które świadczyły o tym, że część informacji została zatajona lub zafałszowana.

Street znał tę taktykę równie dobrze jak van Luik. Pociągnął kolejny łyk piwa i beknął w słuchawkę.

– Nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Abe pił od kilku dni. Był już kompletnie zalany. To nic nadzwyczajnego. Jakieś trzy dni temu coś mu odbiło, chwycił łopatę i pobiegł do buszu, wrzeszcząc coś o kopaniu sobie grobu.

– Czy jego zachowanie było niezwykłe?

– Ale skąd, koleś. Zdarzało mu się to regularnie co miesiąc, jak babskie krwawienie. Tylko że tym razem powiedział prawdę. Chyba umarł tam, w buszu. Jego ciało wyglądało tak, jakby się powoli piekło na rożnie. Był martwy jak puszkowana ryba, tylko śmierdział trzy razy gorzej.

Van Luik poczuł, że mdłości znowu nadchodzą, chociaż nie wywołały ich słowa Streeta. Śmierć i rozkład nie były dla Holendra niczym ważnym. Żołądek ściskała mu świadomość własnej bezsilności.

– Jak zwłoki Windsora znalazły się z powrotem na farmie? – zapytał.

– Żółtki musiały go znaleźć.

– Żółtki?

– No, Chińczycy – wyjaśnił niecierpliwie Street. Holender znał cztery języki, ale nie potrafił – albo nie chciał – zapamiętać znaczenia potocznych australijskich wyrażeń, których ciągle używał Street. – Przywieźli go ciężarówką.

– Skąd to wiesz? Czy twoja informatorka z farmy ci to powiedziała?