– Człowiek się zmienia, jeśli polują na niego jak na zwierzę.

– Nie zrozum mnie źle – odparł szybko. – Jestem zadowolony z tych zmian. Nie można być właścicielem połowy Kopalń Śpiącego Psa i zachowywać się jak ufne dziecko. A ty nie planujesz oddać kontroli nad swoją częścią udziałów, prawda?

– Jeszcze się nie zdecydowałam.

– Masz trzy możliwości – oznajmił Windsor, ziewając. – Możesz oddać komuś nadzór nad swoją częścią interesów i zostawić to wszystko albo zostać u steru i dosiąść diamentowego tygrysa. Możesz też zabić tygrysa, namawiając Cole'a, żeby nie zawierał umowy z DHD.

Erin skinęła głową.

– Jak już powiedziałam, jeszcze nie wiem, co zrobię.

Wing cicho odchrząknął.

– Ta trzecia możliwość nie jest zbyt realistyczna.

– Chce pan powiedzieć, że dobry, stary wuj Li nie pozwoli Cole'owi wykończyć kartelu. – Było to raczej stwierdzenie niż pytanie.

Uśmiech, którym Wing obdarzył Erin, był chłodny jak kostka lodu.

– Niestety, nikt nie potrafi zmusić do czegokolwiek Cole'a Blackburna, nawet mój mądry wuj Li. Ale Cole nie jest głupi. Wie, że nie trzeba wielkiej bomby, żeby zasypać tę jaskinię. Można też odebrać tym diamentom jakąkolwiek handlową wartość, napromieniowując kopalnię. Dałoby się to wytłumaczyć jako katastrofę górniczą.

Erin uniosła ciemne brwi.

– To raczej drastyczne środki.

– Przestań się już z nim drażnić – powiedział Windsor i jeszcze raz ziewnął. – Tak czy inaczej, prawie wszystkie kraje świata w jakiś sposób łączą swoje interesy z kartelem. Nikt by ci nie pomógł w zniszczeniu ConMinu. Wszyscy raczej by woleli, żeby twoje kopalnie uległy zniszczeniu, a razem z nimi ty.

– Cole zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa – zwrócił się Wing do Erin. – Nie chce, żeby przydarzyło się pani coś złego. W nieprzyjemny sposób oznajmił wujowi Li, co się stanie z rodziną Chen, jeśli pani… hmm, na przykład ulegnie jakiemuś wypadkowi.

Windsor zmrużył oczy.

– Blackburn to nie jedyny człowiek, który rozliczy się z rodziną, jeśli moja córka będzie miała jakiś „wypadek”.

– Wiem. – Wing skinął głową. – Ale to Blackburna się obawiamy.

Erin z wysiłkiem zachowywała spokojny wyraz twarzy, tłumiąc szalejącą w jej duszy burzę uczuć.

– Niepotrzebnie się pan boi, panie Chen. Cole Blackburn sprzedałby mnie za garść diamentów. W zasadzie już to zrobił.

– To bzdura, dziecino – zaprotestował natychmiast Windsor. Nic nie odpowiedziała. – Rozmawiałem z Cole'em – ciągnął jej ojciec. – Ty o sobie nie możesz tego powiedzieć.

– Kiedy z nim rozmawiałeś? – zapytała Erin, zanim zdążyła się powstrzymać. – Jak on się czuje?

– Czaszka nie jest pęknięta. Jego umysł nadal pracuje sprawnie. Kiedy tylko Cole doszedł do siebie, zadzwonił i zadał mi dwa pytania. Po pierwsze, chciał wiedzieć, gdzie jest Hans Schmidt.

Erin nie potrafiła ukryć, jak nią to wstrząsnęło.

– Po co, na miłość boską, szukał Hansa?

– Żeby go zabić – wyjaśnił niecierpliwie Windsor. – Po cóż by innego?

– Ja… to… – Erin potrząsnęła głową, zbyt zaszokowana, żeby mówić.

– Powiedziałem Cole'owi, gdzie jest Hans. Podałem mu nazwisko, stopień, numer służbowy i dokładny adres szpitala, gdzie Hans leży, podłączony do respiratora i z rurką do sztucznego karmienia na stałe wszytą do żołądka.

Erin otworzyła usta, ale nic nie powiedziała.

– Zdaje się, że ten żałosny drań siedem lat temu miał wypadek – oznajmił Windsor z lodowatą satysfakcją. – To jeden z takich okropnych wybryków losu. Katastrofa samochodowa. Wszędzie było pełno odłamków szkła, włącznie z każdym centymetrem ciała Hansa.

– Wypadek… – powtórzyła głucho Erin.

– Jest kompletnie sparaliżowany – ciągnął Windsor cichym głosem. – No, może nie kompletnie. Mógłby mrugać, gdyby jeszcze miał powieki. Widziałby, gdyby miał oczy. Pewnie coś by powiedział, ale nie ma języka. Może czasem dostałby erekcji, tylko obcięło mu niezbędne do tego narządy. Jednak jego fale mózgowe są normalne. Jego umysł pozostał nieuszkodzony. Hans to prawdziwy szczęściarz. – Wing nerwowo zaklął po kantońsku pod nosem. – Cole to przemyślał i doszedł do wniosku, że dla poczciwego Hansa śmierć stałaby się wybawieniem, a Cole nie był w nastroju do dobrych uczynków. Życzy Hansowi długiego, szczęśliwego życia. Tak samo jak ja, dziecinko. Tak samo jak ja.

– Wypadek – odezwał się Wing po angielsku. – Cóż za zbieg okoliczności.

Windsor spojrzał na niego.

– To nie była osobista zemsta, tylko wiadomość dla przeciwnej strony, że nie należy krzywdzić bezbronnych cywilów dla sadystycznej przyjemności. Sam zdecydowałem o formie wiadomości. Została prawidłowo odczytana. Od siedmiu lat nie ucierpiał nikt postronny. – Zwrócił wzrok na Erin. – Po drugie, Cole chciał się dowiedzieć, czy list do Jasona Streeta był autentyczny.

– Po co? – zapytała Erin słabym głosem.

– Pewnie z tego samego powodu, dla którego pytał o Hansa – odparł sucho ojciec. – Ty być może zdecydowałaś się porzucić Cole'a, ale on nie porzucił ciebie. Powiem ci prawdę, dziecinko. Jestem bardzo szczęśliwy, że ten list został sfałszowany. Twój Cole to twardy mężczyzna.

– On nie jest mój. Zależało mu tylko na kopalni.

– Nie wierzę w to, tak samo jak ty.

– Uwierzyłbyś, gdybyś wysłuchał tej taśmy.

– Słyszałem kilka jej wersji – odparował Windsor. – Na wszystkich jego głos był autentyczny, ale nic więcej. Ludzie zapominają, że Cole Blackburn to niezależny duch. Nie jest możliwe, żeby machając ogonem przybiegał na gwizdnięcie rodziny Chen w zamian za wysadzaną diamentami obrożę i smycz.

– Skąd wiesz?

– To proste. Nieoficjalnie odwiedziłem go w biurze, zanim jeszcze przyszliśmy tutaj z Nan Faulkner. Zapytałem Cole'a, dlaczego to wszystko robi. Powiedział mi, że kobieta, która robi takie zdjęcia, jest warta więcej niż jej waga w diamentach. – Erin wydała cichy jęk zaskoczenia. – Założę się, że wziął od Winga ten skrypt i udawał, że przystaje na warunki gry, żeby rodzina nie sfałszowała kolejnego rewersu i nie zawarła układu z kimś, komu by nie zależało na twoim życiu. Ja bym tak na jego miejscu zrobił.

Wing uśmiechnął się kwaśno.

– Wuj Li niedawno doszedł do tego samego wniosku – oznajmił. – Pan i Cole jesteście do siebie bardzo podobni, prawda?

– Pod pewnymi względami – zgodził się Windsor. – Ale w jednym się różnimy. Wolałbym raczej umrzeć, niż siedzieć teraz w tej czarnej dziurze i walczyć z monsunami o kubeł diamentów patrząc, jak woda wokół mnie się podnosi i być może zaraz mnie pochłonie.

Erin gwałtownie chwyciła ojca za rękę.

– O czym ty mówisz?

– Dobrze mnie słyszałaś.

– Ale przecież Cole wie, jakie to niebezpieczne! Nie ryzykowałby życia, żeby zdobyć jeszcze trochę diamentów, a nawet całe mnóstwo diamentów!

– Dlaczego nie? Co innego mu pozostało? Opuściła go kobieta, za którą potrafiłby oddać życie, za którą o mały włos nie zginął. Została mu tylko druga nagroda, czyli najbogatsze złoże diamentów na świecie, ukryte w najdroższym kawałku piekła, jakie kiedykolwiek należał do człowieka.

– Mylisz się – wyszeptała Erin, z wysiłkiem wymawiając słowa przez gardło, które się jej ściskało na wspomnienie zimnej, czarnej, stale i nieubłaganie nadpływającej wody. – Niewiele dla Cole'a znaczyłam. Byłam tylko przygodnym romansem w drodze do sukcesu.

– Na litość boską, Erin…

– Czy to wszystko, panie Chen? – zapytała, wpadając ojcu w słowo.

– Pozostało mi jeszcze zwrócić pani własność.

– Jaką własność? Już pan mi zwrócił cały sprzęt fotograficzny, który uległ zniszczeniu, kiedy samochód zalała woda. Wyjeżdżając, zabrałam ze stacji wszystko, co do mnie należało.

– Nie wszystko.

Szybkim ruchem Wing sięgnął po pudło, stojące na środku stołu. Otworzył je, przechylił i na polerowany blat wysypał się stos dużych kolorowych fotografii.

– Z negatywów sporządzono kopie. Jeden komplet spoczywa w sejfie w kasynie rządowym w Darwin – oznajmił Wing. – Drugi jest tutaj. Cole podjął wszelkie środki, żeby pani dzieło nie uległo zniszczeniu.

Fragmenty australijskiego interioru połyskiwały i migotały jak szkiełka w kalejdoskopie: kopce termitów, tworzące niezwykłe miasto pod parnym, srebrzystym niebem; delikatne, zakurzone karłowate akacje, wyrastające prosto ze skały; błyskawica przecinająca puste niebo; równina, ciągnąca się po krańce horyzontu, nieubłaganie pusta, całkiem płaska, zawierająca w sobie kwintesencję samotności; nad tym wszystkim niezmiennie wisiało słońce, płomienne oko wszechwładnego boga.

Każda z tych odbitek została zrobiona z filmów, które Erin zostawiła w zepsutym Roverze.

– To wspaniałe zdjęcia – powiedział Windsor, z uwagą je przeglądając. – Do diabła, zupełnie niewiarygodne. To najlepsze twoje prace, nawet lepsze od „Arktycznej Odysei”. Co ty o tym sądzisz, dziecinko?

– Ja… – Głos jej się załamał. – Dlaczego mnie pan okłamał w sprawie samochodu, panie Wing? Mówił pan, że uległ zniszczeniu, a to nieprawda. Te zdjęcia robiłam na filmach, które musiałam w nim zostawić.

– Samochód został zniszczony przez wodę, jak i wszystko, co w nim było – odparł sucho Wing. – Cole aż do jaskini niósł te filmy w plecaku.

– Ale dlaczego? – wyszeptała. Patrzyła na zdjęcia, jakby w nich szukała odpowiedzi. – Przecież kiedy zniszczyli nam samochód, byliśmy w dramatycznej sytuacji. Cole miał nieść tylko to, co absolutnie niezbędne do przeżycia, i ani grama więcej. Tam były całe kilogramy filmów. To niemożliwe, żeby marnował siły, niosąc taki bagaż. To by było szaleństwo, a Cole nie jest szalony.

– Też mu to mówiłem – odparł ozięble Wing. – Jak twierdzi, nauczyła go pani, że w życiu są ważniejsze rzeczy niż proste przetrwanie. Obawia się, że on nauczył panią czegoś wręcz przeciwnego.

Erin w osłupieniu przeglądała zdjęcie za zdjęciem. Były ich setki, ale ona wciąż powracała do jednego. Zrobiła je Cole'owi w korycie wyschniętego strumienia, tuż przed tym, jak pojawił się helikopter i zmusił ich do desperackiej Odysei przez pustkowia wyżyny Kimberley. Cole badał właśnie odsianą garść żwiru, kiedy zauważył, jak Erin się do niego skrada. Podniósł głowę tuż przed tym, jak nacisnęła wyzwalacz. Nawet w cieniu szerokiego ronda kapelusza jego oczy lśniły jak czysty kryształ. Przyglądał się jej z wręcz namacalną intensywnością i pożądaniem, którego nigdy nie skrywał.

Gdybym znalazł teraz kopalnię Abe'a, zamieniłbym ją na film dla ciebie.

Erin zamknęła oczy. Nie mogła dłużej patrzeć na fotografię, kiedy uświadomiła sobie, że Cole niósł filmy przez piekło bólu, pragnienia i upału, ale nie pozbył się nawet małej części tego bagażu.

– Pani naprawdę nie wiedziała, prawda? – zapytał Wing, patrząc jak po policzku Erin wolno spływają łzy.

– Nic nie wspominał, że ocalił moje filmy – wyszeptała.

– Nie chodzi mi o filmy. Nie wiedziała pani, że Cole panią kocha.

Całym ciałem Erin wstrząsnął wyraźny dreszcz. W ciszy, która nastąpiła po słowach Winga, usłyszała echo innych słów, własnych oskarżeń i rozsądnych odpowiedzi Cole'a.

Jesteście z Abe'em bardzo do siebie podobni. Raz się sparzyliście i teraz unikacie ognia.

Sama to wiesz najlepiej, kochanie. Uciekasz przed ogniem tak szybko, jak tylko potrafisz.

Zamknęła oczy, żeby ukryć łzy, które nie chciały przestać płynąć. Pytała się w duchu, czy to prawda.

– Proszę wybaczyć, panno Windsor, ale muszę jeszcze raz zapytać. Co pani zrobi ze swoją połową Kopalń Śpiącego Psa?

Erin wstała bez słowa i wyszła z sali.


Rozdział trzydziesty dziewiąty

Jak barwna grzywa rozbijającej się o brzeg fali, kręta linia niezwykłych brylantów biegła wzdłuż konferencyjnego stołu DHD. Jak woda, kamienie były przejrzyste i białobłękitne, ale połyskiwały w nich ukryte tęcze. Tu i ówdzie, jak pęcherzyki w białej pianie, pojawiały się chromowo-żółte i jaskrawo-różowe błyski, a czasem rzucał się w oczy zielony kamień, tak czystej i intensywnej barwy, że wręcz trzeba go było dotknąć, żeby uwierzyć w jego istnienie.

Cole wytrząsnął ostatni kamień ze zniszczonego plecaka i poszedł w górę długiego, polerowanego stołu, na którym czekały na uczestników zebrania kryształowe popielnice, musująca woda, pióra i długopisy. Lekko skinął głową Chenowi Wingowi, który wyjmował „modlitwę” BlackWing z cienkiej skórzanej teczki.

Nie zwracając uwagi na innych zebranych, którzy w osłupieniu wpatrywali się w kamienie, podszedł do krzesła, na jego prośbę ustawionego pod ścianą, a nie przy stole. Wśród zgromadzonych narastał gwar podniecenia. Feinberg podniósł różowy kamień, wielkości czubka jego kciuka, wyjął lupę z kieszeni i tonem pełnym podziwu wymamrotał coś po holendersku.

Nan Faulkner spojrzała na Cole'a ukradkiem, nalała sobie wody, wypiła i podeszła do niego.

– Nie wiedziałam, że Street jest zdrajcą – powiedziała bez wstępów.

Mówiła głosem, który docierał tylko do uszu Blackburna, mimo że nie musiała się martwić, że ktoś ich podsłucha. Uwagę członków kartelu przykuwały niezwykłe diamenty.

Przez długą chwilę Cole przyglądał się Faulkner wzrokiem, który był równie twardy i nieczuły, jak przejrzyste kamienie, wydobyte z nieubłaganie wzbierającej czarnej wody.

– To samo powiedział mi Matt – odezwał się w końcu. – Jeśli on ci wierzy, po tym numerze, jaki mu wycięłaś z podrobionym listem i aresztem domowym, to chyba i ja mogę ci ufać.

– Czy to oznacza, że rozszerzysz umowę z DHD? – zapytała szybko. – W diamentowym interesie trzy lata to tyle co nic, dobrze o tym wiesz.

– Wszystko zależy od mojej wspólniczki.

– Matko Boska – jęknęła Faulkner. – Erin zamknęła się w pokoju hotelowym. Nie chce się spotkać ani ze mną, ani z żadnym innym przedstawicielem DHD.

– Dziwisz się? Przez was omal nie zginęła.

Faulkner spojrzała na niego z ukosa i odwróciła się na pięcie.

– Faulkner.

Ostrożnie zawróciła i stanęła twarzą w twarz z Cole'em. Ton jego głosu brzmiał jak ostrzeżenie.

– Nie próbujcie więcej stawać na drodze Erin.

– Słyszałam, złotko. – Skrzywiła się. – Słyszałam też, co mówił Matt. Ale byłoby lepiej dla każdego, a szczególnie dla Erin, gdybyście ją wyciągnęli z tego pokoju!

Ze źle maskowanym zdenerwowaniem Faulkner usiadła u szczytu stołu, zapaliła cygaretkę i otworzyła pięknie zdobioną teczkę z marokańskiej skóry. W sali natychmiast zaległa cisza, w której słychać było tylko szelest „modlitw” podawanych z ręki do ręki i cichy, krystaliczny brzęk brylantów, które odkładano na stół. Faulkner wydmuchnęła smugę dymu, odłożyła cygaretkę do kryształowej popielnicy i zaczęła zbierać kartki od członków kartelu.