Weź mapę Tasmanii,

Znajdź człowieczka w łódce.

Dalej, wiosłuj przed siebie.

– Mapa Tasmanii to tyle co cipka, a człowieczek w łódce to…

– Tak, tak, tak – przerwał mu niecierpliwie van Luik. – Czy to, że Abe zwraca się do swojego spadkobiercy, nasuwa ci jakąś nową interpretację wiersza?

Street zawahał się i westchnął.

– Nic podobnego, koleś. Absolutnie nic. Ale wątpię, czy żółtki będą miały więcej szczęścia w rozszyfrowywaniu tych rymów. Szukali pewnie map albo próbek rud, czegoś, co naprowadziłoby ich na właściwy trop. To wielka stacja, a w dodatku Abe dzierżawił działki również w innych okolicach.

– Ale ten wiersz musi coś dla kogoś znaczyć. Spadkobierca Windsora może być w stanie go rozszyfrować – powiedział Holender. – To jest możliwość, do której nie wolno nam dopuścić.

– Wiecie, kto jest tym spadkobiercą?

– Jeszcze nie. Wkrótce go poznamy.

– Znajdźcie go – nakazał Street. – Ja się nim zajmę. Spokojna głowa, koleś. Kiedy spadkobierca zginie, kopalnie zostaną opuszczone i przejdą na własność państwa. Wtedy ja wystąpię o dzierżawę, wy zlecicie prawdziwe badania geologiczne i w końcu znajdziemy to złoże. Zdobędziemy nad nim kontrolę. Spokojna głowa.

– Nawet mając prawa do tych terenów, nie znajdziemy się o krok bliżej do rozwiązania zagadki, niż jesteśmy teraz.

– Spokojnie. Znajdę tę cholerną dziurę. Potrzebuję tylko czasu i pieniędzy na sprzęt.

Van Luik uśmiechnął się blado. Gdyby tylko to było takie proste. Ale nie było. Wszystko, co dotyczyło Kopalń Śpiącego Psa, okazywało się skomplikowane. Wszystko. Diamenty stały się zarówno syrenim śpiewem, jak i śmiertelnym zagrożeniem od chwili, kiedy ujrzały światło dzienne.

Syreni śpiew okazał się fałszywy. Zagrożenie było nazbyt realne.

– Zastanowimy się nad twoją propozycją – oznajmił van Luik.

– Nie zastanawiajcie się zbyt długo. Ta operacja i tak jest już spóźniona.

W słuchawce zaszumiało, van Luik się rozłączył.


Rozdział czwarty

Mimo zawiłości prawniczego języka Cole'owi Blackburnowi wystarczyło jednokrotne przeczytanie umowy spółki. Miał niemal doskonałą pamięć. Była to szczególna właściwość umysłu, która czasami mu pomagała, ale jeszcze częściej przyczyniała się do cierpień. W jego życiu zdarzyło się zbyt wiele rzeczy, o których wolałby zapomnieć.

Sama umowa była całkiem jasna. Zezwalała Cole'owi na zakupienie połowy udziałów w BlackWing Resources za sumę jednego dolara amerykańskiego. W zamian zobowiązywał się przekazać w posiadanie BlackWing połowę udziałów we wszelkich australijskich złożach czy prawach do nich, które znalazłyby się w jego posiadaniu. W chwili obecnej Blackburn nie miał w Australii żadnych własności ani dzierżaw. Z drugiej strony, pięć lat temu, kiedy Cole sprzedał swoją połowę rodzinie Chen, wartość BlackWing wynosiła dziesięć milionów dolarów. Od tego czasu wartość spółki co najmniej się podwoiła.

Treść skomplikowanych prawniczych sformułowań dokumentu sprowadzała się do tego, że Cole'owi oferowano dziesięć milionów dolarów w akcjach spółki w zamian za jednego dolara i uprawnienia wydobywcze, których nie posiadał. Umowa nabierała mocy prawnej w chwili, gdy Blackbum złoży pod nią podpis.

Wszystko było jasne, oprócz przyczyny, dla której składano mu taką ofertę. Dlatego właśnie Cole przez ostatnie dziewiętnaście minut usiłował dojść do tego, co się kryje między wierszami dokumentu. Oczywiście, okoliczności rozwiązania spółki z Wingiem były niezwykłe. Chenowie zapłacili mu pięć milionów dolarów niejako w formie odszkodowania za utratę ukochanej, która należała do rodziny i była siostrą Winga. Teraz klan Chenów, który kontrolował dużą część Hongkongu i Macao, postanowił naprawić swój błąd.

Cole nie był prawnikiem, ale wystarczająco znał się na takich sprawach, by zrozumieć, że w umowie nie ma niedomówień, pułapek ani oczywistych czy ukrytych możliwości, żeby rodzina Chen odzyskała swoje 9 999 999 dolarów.

Cole odłożył nie podpisany dokument na biurko.

– Za wcześnie na prezenty gwiazdkowe.

Wing wzruszył ramionami.

– To nie jest prezent. Geolodzy współpracujący z BlackWing są zbyt nieudolni albo zbyt skorumpowani, żeby znaleźć to, na czym nam zależy.

– A co to takiego?

– Kopalnie diamentów – odparł zwięźle Wing.

– Po co wam one? Macie z pół tuzina spółek w rejonie Pacyfiku, z których każda osiąga większe dochody, niż daje przeciętna kopalnia diamentów.

Wing ostrożnie zatarł dłonie i potrząsnął głową.

– Widziałeś ostatnio ceny ropy? A złota? Miedzi? Żelaza? Uranu? Lecą na łeb, jak mawiacie wy, Amerykanie. – Uśmiechnął się lekko, jakby upłynęło dużo czasu, odkąd ostatni raz używał amerykańskich wyrażeń.

– Diamenty też przechodziły trudny okres – odparował Cole. – To, co w osiemdziesiątym roku kosztowało sześćdziesiąt dwa tysiące dolarów za karat, w tej chwili jest warte około dwudziestu tysięcy.

– Tak, ale spójrz na to z dalszej perspektywy. Przypomnij sobie, że w siedemdziesiątym czwartym te same diamenty kosztowały tylko cztery tysiące trzysta za karat. Zaufaj mi, przyjacielu. Dokładnie zbadałem ten problem. Diamenty to jedyny towar, którego realna wartość wzrosła w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat.

– Dzięki kartelowi.

Wing westchnął.

– Pracują tam jacyś cholerni geniusze, prawda? Na konferencjach Narodów Zjednoczonych kraje tylko się kłócą i nic nie robią. Na zebraniach Consolidated Minerals kraje dochodzą do porozumienia i zarabiają pieniądze. ConMin to jedyny monopol w historii, który ukierunkował wrodzoną chciwość człowieka, zamiast ją rozjątrzyć. Ceny rosną, ale wolno. Długoterminowa stabilność, a nie szybki zysk. ConMin w niemal chiński sposób pojmuje czas.

– I władzę.

– To też – zgodził się łagodnie Wing. – Przede wszystkim władzę.

– Tak więc rodzina Chen chce zdobyć poszukiwacza diamentów, który nie ma żadnych zobowiązań wobec ConMinu.

Wing przez chwilę wyglądał na zaskoczonego. Od kiedy jego siostra Lai zerwała zaręczyny z Cole'em, rzadko widywał geologa. Zdążył już zapomnieć, że umysł Amerykanina działa równie sprawnie, jak wysportowane ciało.

– Tak, właśnie tego chcemy – przyznał.

Cole usiadł wygodniej w skórzanym fotelu i słuchał, co podpowiada mu instynkt. Od dawna polegał na jego głosie w sytuacjach i miejscach, gdzie w grę wchodziło coś więcej niż pieniądze. To instynkt nakazał mu odpowiedzieć na tajemniczy telefon Winga i przyjechać do Darwin.

Instynkt… albo niespokojny duch.

Cokolwiek to było, Cole chciał wysłuchać swojego wewnętrznego głosu. Wciąż do końca nie wiedział, o co chodzi Wingowi. Ściśle mówiąc, nie wiedział, o co chodzi rodzinie Chen. Zauważył jednak, że dotknięcie zielonego kamienia dostarczyło mu najsilniejszych emocji od kilku lat.

Nasłuchiwał głosu wewnętrznego, starając się wyłowić szept przestrzegający go przed ukrytą pułapką. Odczekał jeszcze minutę. Nic nie usłyszał, oprócz przyśpieszonego bicia własnego serca. Znajdował diamenty i kopalnie na terenie całego świata. Zyskiwał i tracił małe fortuny i wielkie majątki. Jednak nigdy jeszcze nie znalazł diamentów, które dorównałyby zielonemu kamieniowi Winga.

Teraz dawano mu szansę odnalezienia kopalni pełnej takich okazów, skarbca samego Pana Boga.

Cole wyjął pióro z kieszeni i szybkimi, zamaszystymi ruchami nakreślił swoje nazwisko na umowie. Nic nie mówiąc, złożył papier i schował go do kieszeni na piersi. Potem z portfela wyjął banknot dolarowy, przypiął go do drugiej kopii umowy i położył z powrotem papiery na mahoniowym biurku.

– W porządku, wspólniku – oznajmił. – Opowiedz mi teraz o tej kopalni, którą tak bardzo chcesz odnaleźć.

Wing uśmiechnął się z rozbawieniem.

– Rodzina Chen nie zatrudniła cię tylko dlatego, że jesteś doskonałym poszukiwaczem, chociaż niewątpliwie doceniamy twoje umiejętności. Włączyliśmy cię w nasze zamierzenia, ponieważ dostałeś słowne przyrzeczenie od Abelarda Windsora, że dostaniesz pięćdziesiąt procent udziałów w Kopalniach Śpiącego Psa, jako pełną spłatę długu, który zaciągnął wobec ciebie w czasie całonocnej gry w karty.

Cole na chwilę zaniemówił.

Nikły uśmieszek Winga zamienił się w szeroki uśmiech triumfu. Pierwszy raz widział wyraz zaskoczenia na twarzy Cole'a.

– To było dwanaście lat temu – odezwał się Amerykanin. – Chryste, przecież wtedy nawet się nie znaliśmy!

Wing lekceważąco machnął ręką.

– Czy Windsor spłacił ten dług?

Cole wydał z siebie dźwięk zbyt szorstki jak na śmiech.

– To były czasy, kiedy Szalony Abe nie pamiętał, co robił poprzedniego dnia. Był na to zbyt pijany. Ja też sporo piłem, tak jak wszyscy na farmie.

– Czy wydał ci skrypt dłużny?

– Stary Abe nie był aż takim wariatem – oświadczył sucho Cole. – Poza tym, to nie była gra na serio. Po prostu zabijaliśmy czas w baraku na jego stacji, przeczekując pierwszą burzę pory deszczowej.

– To znaleziono w jego domu – powiedział Wing.

Ze środkowej szuflady biurka wyjął kawałek zniszczonego, postrzępionego papieru. Trzymał papier bardzo ostrożnie za sam róg, jakby bał się, że go pobrudzi… albo nie chciał zostawić na nim odcisków palców.

Cole nachylił się i odczytał wyblakłe pismo.

Jestem winien Cole'owi Blackburnowi połowę udziałów w Kopalniach Śpiącego Psa, ponieważ o jeden raz za dużo przegrałem z nim w karty.

Podpis Abe'a Windsora i data widniały u dołu strony, wypisane starannym, formalnym wiktoriańskim charakterem pisma.

– Rodzina Chen pozwoliła sobie potwierdzić autentyczność tego dokumentu u dwóch specjalistów grafologów, więc nie musisz obawiać się kompromitacji – oznajmił cicho Wing. – Nawet bez pisemnego zaświadczenia dług karciany byłby ważny. Kiedy przedstawisz ten dokument, władze Australii natychmiast uznają twoje roszczenia do kopalń.

– Tylko że ja tego nie zrobię – łagodnie, ale stanowczo powiadomił go geolog. – Szalony Abe jest chytry i podstępny jak osaczona żmija, ale nigdy mnie nie oszukał. Nakarmił mnie, dał mi schronienie przed deszczem i tyle piwa, że mogłem się w nim kąpać. – Ton Cole'a zmienił się na bardziej zasadniczy. – Widziałem Kopalnię Śpiącego Psa numer jeden. Z tej dziury nigdy nie wydobędzie się nic oprócz bortu, przemysłowego śmiecia. Jeśli stary Abe znalazł ten skarbiec w którymś z innych psów, to niech go sobie zatrzyma. Na pewno nie będę próbował pozbawić go połowy znaleziska całego życia w imię jakiegoś długu karcianego, którego i tak nigdy nie brałem poważnie.

– Szalony Abe już nie potrzebuje swoich kopalń. Wczoraj znaleziono w buszu jego zwłoki.

Cole na chwilę odwrócił wzrok. Kiedy znów spojrzał na Chińczyka, jego oczy miały kolor zimowego deszczu.

– Niech ten stary drań spoczywa w pokoju. Kiedy z nim wędrowałem, miałem wrażenie, że cofam się w czasie, co najmniej o sto lat, a nieraz nawet o kilka wieków. To był prawdziwie pierwotny człowiek, mimo kontynentalnego wykształcenia.

– Sądząc po jego poezjach, taki właśnie był. Napisał mnóstwo wierszy, a wszystkie kiepskie.

Wing wyjął zniszczone blaszane pudełko z głębokiej szuflady biurka. Wewnątrz znajdowało się kilka zapisanych kartek i cały blok czystego grubego papieru. Chińczyk wyjął jedną z kartek i wolno przejrzał.

Cole uśmiechnął się krzywo.

– Pisał poezje na metry. Który to wiersz?

– Coś o tytule „Paw z Antypodów”. Powiedziano mi, że świętej pamięci Windsor uważał te dziwaczne strofy za coś w rodzaju rymowanej mapy, przewodnika, który doprowadzi jego spadkobiercę do złoża diamentów.

– Co takiego?

– Klucz do rozwiązania zagadki tajemniczej kopalni jest ukryty gdzieś między tymi okropnymi rymami – oznajmił Wing i podał papiery Amerykaninowi.

Cole popatrzył na zapisane drobnym pismem linijki. Przeczytał wybraną przypadkowo zwrotkę:

Kiedy roos skaczą po ziemi, Blaszane pudełko Grzechocze pod nimi.

Podniósł wzrok znad papieru.

– „Blaszane pudełko” to interesująca przenośnia, ale ten wiersz jako mapa określająca położenie skarbu pozostawia wiele do życzenia.

– Jest tego więcej – powiedział Wing, na próżno starając się stłumić nadzieję pobrzmiewającą w jego głosie. – Obawiam się jednak, że reszta jest równie niezrozumiała i zawiła.

– Może to po prostu brednie wariata. Nie dlatego nazwali Abe'a Szalonym, że nie potrafili wymyślić trafniejszego przezwiska. Staremu brakowało nie tylko piątej klepki, on dawno stracił wszystkie.

Wing westchnął ciężko.

– To właśnie podejrzewaliśmy. Mieliśmy nadzieję, że te wiersze coś ci powiedzą.

– A jeśli odnajdę kopalnie, to według kontraktu, który właśnie podpisałem, połowa moich udziałów należy do ciebie, jako współwłaściciela BlackWing Resources. Krótko mówiąc, rodzina Chen liczy, że znajdę dla ciebie skarbiec Szalonego Abe'a. – Wing skinął głową. – W takim razie właśnie straciłeś dziesięć milionów dolarów, które na mnie postawiłeś – ciągnął spokojnie Cole. – Być może ten skarbiec istnieje, ale jestem absolutnie pewny, że nie jest nim Śpiący Pies numer jeden. To komin kimberlitowy, nie złoże wtórne. Diamenty z tej kopalni nie zostały wymyte ze skały przez wodę. Trzeba wydobywać całe odłamy skalne i kruszyć je, żeby się dostać do diamentów. Surowiec to małe diamenty o ostrych krawędziach. W dziewięćdziesięciu pięciu procentach klasy przemysłowej.

Wing nie reagował. Cole chrząknął zniecierpliwiony. Jego nowy wspólnik nie rozumiał, na czym polega różnica między nadzwyczajnymi, wspaniałymi kamieniami z tej zniszczonej welwetowej sakiewki i przeważnie bezwartościowym śmieciem, który Szalony Abe wydobywał ze swoich Kopalń Śpiącego Psa. Jak dla większości ludzi, dla Winga diamenty to były po prostu diamenty – najpiękniejsze z klejnotów, najbardziej wartościowe kamienie pod słońcem.

– Wing, największy diament, jaki Abe wydobył z Psa numer jeden, ważył może czternaście karatów, miał skazy, pęknięcia, barwę i czystość lurowatej kawy.

Chińczyk nie odpowiadał. Cole pochylił się do przodu.

– Nie słuchasz mnie. – Wyjął umowę z kieszeni na piersi i rzucił na biurko. – Podrzyj to, a przy okazji spal ten podrobiony rewers. Nie zamierzam nabierać rodziny Chen na dziesięć milionów dolarów.

– Uważamy je za inwestycję.

– Inwestujecie w przemysłowe diamenty? – zapytał ironicznie Amerykanin.

– Nie, w przyszłość.

Cole zdał sobie sprawę, że Chińczyk mówi poważnie, co znaczyło, że rodzina Chen jest gotowa na zainwestowanie milionów w nadziei na zyski w odległej przyszłości. Mogła być tylko jedna przyczyna, dla której decydowali się na tak wielkie ryzyko. Ktoś był przekonany, że ten skarbiec naprawdę gdzieś istnieje.