– Dlaczego wierzysz, że ja potrafię odnaleźć tę kopalnię, skoro nie udało się to rodzinie i jej współpracownikom? – zapytał Amerykanin.

– Skąd wiesz, że nam się nie udało?

Cole spoglądał na niego ironicznie i z rozbawieniem.

– Gdyby istniała najmniejsza szansa, że sami dacie sobie radę, nie wzywalibyście mnie. Byliśmy wspólnikami, ale nigdy nie robiliśmy sobie prezentów wartych miliony dolarów. Znasz mnie i ja znam ciebie. Przestań wygadywać bzdury i powiedz mi, o co tu chodzi.

– Spadkobiercą Windsora jest dziewczyna. Kobieta.

– Jest wielka różnica między dziewczyną a kobietą – zauważył chłodno Cole.

– Tylko dla Amerykanina. – Wing wzruszył ramionami. – Dla mnie to tylko nie spełniona istota płci żeńskiej.

– Czego jej brakuje?

– Mężczyzny.

– Nie słyszałeś, że nowoczesnej kobiecie mężczyzna jest potrzebny jak wężowi narty?

Wing roześmiał się cicho.

– Ona nie należy do tych chłodnych kobiet, którym zależy tylko na władzy. Kiedyś była zaręczona. Najprawdopodobniej ma normalne potrzeby, chociaż w tej chwili je tłumi.

– Co się wydarzyło?

– Według oficjalnej wersji narzeczony doszedł do wniosku, że nie jest jeszcze gotowy do małżeństwa.

– A mniej oficjalnie?

– Był szpiegiem, agentem sowieckiego wywiadu i próbował wykorzystać dziewczynę, żeby zdobyć dojście do tajnych informacji. Jej ojciec i brat pracują dla CIA. To się zdarzyło prawie siedem lat temu. Miała wtedy dwadzieścia lat. Od tego czasu trzyma się z dala od mężczyzn.

– Mądra kobieta.

– Z przeszłości można się wiele nauczyć. – Wing zawahał się i dodał łagodnym tonem: – Ta młoda istota prawdopodobnie stała się zbyt ostrożna. To samo można by powiedzieć o tobie.

Cole zacisnął wargi w cienką linię. Obaj z Wingiem rozumieli, że ta uwaga odnosi się do Chen Lai, siostry Winga, kobiety wyjątkowo pięknej i nieskończenie zdradzieckiej.

– Już dawno się nauczyłem, że diamenty są bardziej stałe niż kobiety.

– I bardziej kuszące? – podpowiedział Chińczyk.

Cole nie zareagował.

– Gdyby kobieta stanęła między tobą a tym skarbcem Pana Boga, to co byś zrobił?

Przez chwilę Cole myślał o połyskliwym zielonym kamieniu. Był tak niezwykle piękny i rzadki, że jego wartość przekraczała każdą cenę w dolarach.

Nie czekając na odpowiedź, Wing sięgnął do kieszeni i wyjął fotografię wielkości dłoni. Położył błyszczące kolorowe zdjęcie przed Cole'em, tuż obok diamentów. Amerykanin spojrzał na nie jak pokerzysta spogląda na ostatnią kartę – jednym uważnym, pozbawionym wszelkiego wyrazu rzutem oka.

Kobieta na zdjęciu miała długie, lśniące włosy o barwie mahoniu. Tam, gdzie wypłowiały od słońca, paliły się kasztanowate błyski. Jej skóra nie była ani jasna, ani ogorzała. Miała złotawy odcień, który świadczył raczej o aktywnym życiu na świeżym powietrzu niż o wielogodzinnym wylegiwaniu się na plaży. Usta były śmiało zarysowane, pełne i uśmiechnięte. Oczy jaśniały zielenią, która przypominała Cole' owi barwę diamentu.

Przypomniał sobie, co Wing powiedział o dziewczynie i nie spełnionej kobiecie.

– To ma być niespełniona istota płci żeńskiej? Wątpię – oznajmił. – Wygląda mi na prawdziwą kobietę. Spójrz tylko na to delikatne napięcie rysów twarzy, jakąś pierwotną, zwierzęcą czujność, która wygląda z jej oczu. Widać w nich też niewinność, jakąś nieskażoną czystość, pozostałą jeszcze z czasów, kiedy nie znała języka prawdy i kłamstwa.

Wing w zdziwieniu uniósł brwi.

– To dobra fotografia, ale chyba nie mówi aż tyle?

– Znam ją – wyjaśnił otwarcie Cole.

– Skąd? Jak?

– Osobiście nigdy jej nie spotkałem, ale widziałem jej prace. Rozpoznałem ją ze zdjęcia na okładce jej albumu fotograficznego „Arktyczna Odyseja”. Ale autorką tych zdjęć jest niejaka Shane, nie Windsor.

– To jest Erin Shane Windsor – powiedział Wing. – Wnuczka brata Abelarda Windsora.

Cole na chwilę zamarł w bezruchu, przypominając sobie niektóre z jej zdjęć. Jednocześnie brzmiało mu w uszach niesamowite, harmonijne wycie wilków nad zlodowaciałą tundrą. W wilczej pieśni zawierała się prawda, którą znają tylko dzikie zwierzęta i mężczyźni o niespokojnym duchu. I kilka kobiet. Bardzo niewiele. Erin Shane Windsor byłą jedną z nich. Wyczuł to z jej fotografii. Przyciągały go, przykuwały uwagę i wstrząsały nim.

Odkrycie „Arktycznej Odysei” było jedną z niewielu przyjemności Cole'a w ostatnich latach. Nawet teraz intensywna zmysłowość tych zdjęć pozostawała w jego pamięci wyraźna, a obrazy lodu, śniegu, aksamitnych cieni i barw niemal wołały, żeby ich dotknąć. Jeszcze coś uderzyło go w tych fotografiach. Autorka miała nieomylne wyczucie równowagi między śmiercią a życiem, ciemnością a słońcem, lodem a ogniem. Jej prace robiły mocne wrażenie, nie odwołując się do sentymentalizmu, przemawiała przez nie inteligencja, a nie chęć przypodobania się oglądającemu.

– Nie stawiałbym dziesięciu milionów dolarów na to, że uda mi się uwieść Erin Shane Windsor – oznajmił Cole. – Jej fotografie sugerują, że nie jest ani głupia, ani naiwna. W dodatku to bardzo atrakcyjna kobieta, która na pewno się nie nudzi.

– Czy ją uwiedziesz, czy nie, to już twoja sprawa. Masz ją ustrzec przed śmiercią do czasu, kiedy rozwiąże zagadkę Szalonego Abe'a lub dopóki ty sam nie znajdziesz tej kopalni. Potem panna Windsor nie ma dla nas żadnego znaczenia. Tylko kopalnia się liczy i za wszelką cenę musi być chroniona.

– Nawet kosztem życia Erin Windsor?

– Jej życia, twojego, mojego własnego też. W porównaniu z nią wszystko inne to błahostka.

Cole zmierzył Winga wzrokiem. Te słowa nie pasowały do starannie wykształconego absolwenta Harvardu, a raczej do Chen Li-tsao, wuja Winga. Chen senior był zdolny do umniejszania wartości ludzkiego życia, jeśli w grę wchodziła władza. Wing dawniej taki nie był. Wydawał się łagodniejszy, zmiękczony przez zachodnią edukację. Cole słyszał raz, jak wuj Li na to narzekał.

Widocznie przez ostatnie pięć lat Wing się zmienił.

– Rodzina Chen pracuje nad tą sprawą od wielu lat, prawda? – zapytał spokojnie geolog.

– Od kiedy upewniliśmy się, że Brytyjczycy chcą rzucić Hongkong na pastwę chińskich ideologów. Jeden z moich wujów mieszkał z Abelardem Windsorem dłużej, niż ty go znałeś.

Cole poszukał w zachowanych w pamięci obrazach.

– Kucharz. Ten, którego Abe zawsze nazywał „wyjątkowo paskudnym żółtkiem”. Był tam tej nocy, kiedy się razem upiliśmy. To od niego dowiedziałeś się o karcianym długu.

Wing nie odpowiedział. Cole w milczeniu porządkował fakty i ogarniał sytuację. Nasuwał się jeden, zapierający dech w piersiach wniosek.

– Niech to szlag! – zaklął cicho, patrząc na Winga z rosnącym podziwem. – Chcecie wysadzić z siodła kartel diamentowy. Wiedziałem, że rodzina Chen jest ambitna, ale nie przypuszczałem, że odważy się sięgnąć po władzę nad światem.

– Nie nad światem, tylko nad Consolidated Minerals.

– Na jedno wychodzi. Kartel, który trzyma na krótkiej smyczy Wuja Sama i Sowietów, potrafi roznieść w pył klan z Hongkongu.

– Kartel ma taką władzę dzięki diamentom – oznajmił spokojnie Chińczyk. – Według niego, w obecnej chwili dla międzynarodowej równowagi sił diamenty mają takie samo podstawowe znaczenie, jak bomba atomowa, którą zdetonowano w Alamogordo niemal pół wieku temu. Jednak w przeciwieństwie do bomby diamenty są narzędziem subtelnym. Pozwalają wywierać delikatny wpływ, a nie grożą zagładą.

Cole uśmiechnął się blado.

– Znana teoria władzy. Nieważne, co posiadasz, tylko co możesz kontrolować.

– Właśnie – potwierdził zaskoczony Wing. – Raczej dyplomacja niż wojna. Pośredni wpływ, a nie atak. Diamenty dają władzę, nie wzbudzając nienawiści. Jak można nienawidzić władcy, którego nie słychać, nie widać ani nie można go nazwać?

– Ja potrafię go nazwać. To diamentowy tygrys. Uważaj, Wing. Możesz spaść z jego grzbietu, a wtedy zostaniesz pożarty.

– Mogę też go ujeździć i zostać władcą – odparł Chińczyk.

– To zawsze kusi, prawda?

– Sam powinieneś to wiedzieć. Już go kiedyś dosiadałeś.

– Niezupełnie. – Cole wzruszył ramionami. – Przynajmniej nie tak, jak ty zamierzasz. Międzynarodowe rozgrywki o władzę zupełnie mnie nie interesują.

– Ale kiedyś się w nie angażowałeś i gra szła ci doskonale.

– Dopóki nie nauczyłem się, jak zmusić ludzi, żeby zostawili mnie w spokoju – odparł Blackbum.

Wing uśmiechnął się.

– Tylko Amerykanie wierzą, że są wolni. To ich wyróżnia spośród innych nacji.

Cole nie zwracał uwagi na jego słowa. Patrzył na zdjęcie Erin Shane Windsor. Zanim kazano mu wybierać, powiedziałby bez wahania, że tajemnicza kopalnia diamentów warta jest każdej ceny.

Teraz miał dokonać wyboru, a odpowiedź okazała się równie zaskakująca, jak piękno zielonego kamienia. Życie kobiety, która stworzyła „Arktyczną Odyseję”, było warte o wiele więcej, niż sądził Wing. Cole zdał sobie z tego sprawę i zaraz przyszła mu do głowy kolejna myśl. Jeśli Erin Shane Windsor, spadkobierczyni Szalonego Abe'a, ma ujść z tej przygody z życiem, to potrzebuje wszelkiej możliwej pomocy.

Cole znał rodzinę Chen. Jeśli on odrzuci ofertę wuja Li, klan podrobi nowy skrypt dłużny i przedstawi go jako przynętę następnemu poszukiwaczowi z ich listy, człowiekowi, który najprawdopodobniej nie doceni tych fotografii dzikiej przyrody, docierających do samego dna duszy.

Cole bez słowa wziął rewers i zdjęcie Erin z biurka. Włożył je do kieszeni, uważając, żeby nie patrzeć na fotografię. Nie chciał znów dostrzec niewinności, utrwalonej tak mocno w charakterze dziewczyny, jak jej ostrożne podejście do świata. Czy o tym wiedziała czy nie, zarezerwowano dla niej miejsce na grzbiecie diamentowego tygrysa, gdzie obowiązywała tylko jedna zasada: nie spadnij, bo ci, którzy spadają, zostają pożarci.

A niewinni zawsze spadają pierwsi.

– W porządku, Wing. Powiedz wujowi Li, że znalazłeś mu odpowiedniego człowieka.


Rozdział piąty

Z powodu wiatru wiejącego przez nieckę Los Angeles od Santa Ana samolot linii Quantas, którym leciał Cole Blackbum, był zmuszony podejść do lądowania od zachodu. Teraz, cztery godziny później, wiatr nieco osłabł. Góry San Gabriel, na wschodnim krańcu doliny, wciąż były dobrze widoczne, ale zepchnięty nad morze smog zaczął znowu napływać w głębokie kaniony centralnych ulic, między wysokie domy. Skażone powietrze nadawało niebu wyjątkowo nieprzyjemny pomarańczowy kolor.

Cole przetarł oczy, usiłując usunąć zmęczenie wywołane dwoma lotami transoceanicznymi. Z okna trzydziestego ósmego piętra przyglądał się Los Angeles. Królewskie miasto wybrzeża Pacyfiku rozpościerało się wokół niego jak makieta architektoniczna. W pobliżu znajdowały się siedziby połowy głównych banków południowego zachodu Stanów i biurowce, na których widniały znaki najpotężniejszych z „siedmiu sióstr”. W przeciwieństwie do kartelu diamentowego, władcy handlu ropą naftową byli mile widziani w Stanach Zjednoczonych. Cole wiedział, że te dwa kartele działają w sposób niemal identyczny; różnica polegała jedynie na tym, że ropa to surowiec niezbędny, a diamenty są luksusem.

Tuż za wieżowcami, przy Hill Street, na długości czterech przecznic znajdował się Jewelry Mart, na którym stały stare budynki biurowe i błyszczące nowością drapacze chmur. Jewelry Mart to po Manhattanie najważniejszy ośrodek handlu złotem i drogimi kamieniami.

Garść diamentów w teczce Cole'a podziała jak granat wrzucony w środek tej dzielnicy.

Uśmiechając się na myśl o takiej perspektywie, geolog opuścił długie metalowe żaluzje, żeby odciąć się od miejskiego zgiełku, i sięgnął po kubek z kawą w nadziei, że kofeina pomoże mu się skupić. Czuł się trochę zdezorientowany, jakby zostawił jakąś część umysłu gdzieś nad pustym Oceanem Spokojnym.

Zwinął mapy, które leżały na szerokim drewnianym stole, po kolei chował je do tub i odkładał na półkę. Niemal całe ostatnie dwie godziny spędził na studiowaniu najlepszych w BlackWing map Australii Zachodniej. Szukał choćby cienia jakiejś wskazówki, najmniejszego tropu, który podpowiedziałby mu, gdzie może się znajdować tajemnicza kopalnia Szalonego Abe'a. Poszukiwania spełzły na niczym. Mapy BlackWing miały przede wszystkim wskazywać położenie złóż rud metali – żelaza i niklu, uranu i złota. Było na nich bardzo mało danych geologicznych pozwalających na zlokalizowanie diamentów.

Cole zerknął na zegarek, ale jego wzrok przyciągnął egzemplarz „Arktycznej Odysei”, który leżał otwarty na biurku. W ciągu ostatniej doby ciągle przeglądał ten album, jakby był w stanie jakoś pomóc mu zrozumieć kobietę, z którą za chwilę miał się spotkać. Najbardziej przykuwała jego uwagę jedna fotografia, zajmująca dwie strony. Przedstawiała świt i tundrę, lód i dzikie gęsi na gnieździe. „Niepewna wiosna” mogłaby być banalnym obrazkiem, przedstawiającym odradzanie się przyrody wraz z wiosną, ale autorce udało się tego uniknąć. Zdjęcie ukazywało arktyczny poranek i wiszące na włosku życie.

Cole wolno przesunął palcami po fotografii, jakby chciał nie tylko ją zobaczyć, ale i wyczuć kształty. Zdjęcie uchwyciło mroźny świt u progu lata. W tle, widoczne poprzez smugi niesionego wiatrem śniegu, przypominające bardziej cienie duchów niż żywe stworzenia, dorosłe gęsi rozpłaszczały się na ziemi, chroniąc własnym ciałem swoje gniazda.

Na pierwszym planie, pod lodowym całunem, leżało pisklę, które miało nigdy nie poczuć ciepła wschodzącego słońca. Śmierć tego małego stworzenia wywoływała ból, tak samo jak piękno budzącego się dnia i determinacja gęsi, z jaką chroniły pozostałe pisklęta.

Patrząc na fotografię, Cole czuł, że Erin Windsor poznała prawdę o ulotności i absurdzie życia. Miał tylko nadzieję, że dowiedziała się też czegoś o wartości życia, włącznie ze swoim własnym. Jeśli tak się stało, powinna z wdzięcznością przyjąć ofertę BlackWing – trzy miliony dolarów w zamian za udział w australijskiej kopalni diamentów, która być może nawet nie istnieje.

Zastanawiał się, czy Erin zrozumie, jakie niebezpieczeństwo wynika z wejścia w posiadanie unikalnej kopalni diamentów, której wydobycia ConMin nie mógłby ani kontrolować, ani przebić zapasami swojego londyńskiego skarbca. Z pewnością Matthew Windsor zda sobie sprawę z sytuacji, w jakiej znalazła się jego córka. Każdy zawodowy analityk służb specjalnych potrafiłby oszacować grożące jej niebezpieczeństwo z dokładnością do ostatniego dolara, najmniejszej kropli adrenaliny i krwi.