Bob Shaw
Frywolna Mona Lisa

Był styczeń, czwartkowy ranek — śmierdzący i wilgotny jak niedopałki cygar z poprzedniego dnia — a mój biurowy telefon milczał od tygodnia. Siedziałem przy biurku, klapnięty, czekając, aż mi przejdzie kac po tequili, kiedy wkroczyła ta wysoka blondynka o cerze jak krew z mlekiem. Jej ubranie szeptało o pieniądzach, a zawartość tegoż ubrania apelowała do mojego drugiego hobby — ale czułem się zbyt podle, żeby to sobie uświadomić. Położyła na moim biurku płaską paczkę i powiedziała:

— Czy pan jest Phil Dexter, prywatny telepata?

Zsunąłem z czoła kapelusz i uśmiechnąłem się do niej chłodno.

— A co tam jest napisane na drzwiach mojego biura, aniołku? Jej uśmiech był równie chłodny.

— „Spółka Gorseciarska Glossopa”.

— Ja zabiję tego faceta od szyldów — zgrzytnąłem zębami. — Obiecał w tym tygodniu załatwić to na pewno. Od dwóch miesięcy zajmuję ten lokal i…

— Panie Dexter, czy nie ma pan nic przeciwko temu, żebyśmy na razie odłożyli na bok pańskie problemy i zajęli się moimi? — Zaczęła rozwiązywać sznurek, którym była związana paczka.

— Nic a nic. — Straciwszy inicjatywę stwierdziłem, że nie zaszkodzi zrobić czegoś dla poprawy stosunków z klientem. Tak czy siak nigdy nie uważałem, że prywatni telepaci mieli rozmawiać z klientami tak jak prywatni detektywi. — W jaki sposób mógłbym pani pomóc, panno…

— Nazywam się Carole Colvin. — Lekko zmarszczyła czoło. — Myślałam, że wy, telepaci, wiecie takie rzeczy bez mówienia.

— To talent spontaniczny — beznamiętnym głosem podałem szablonową odpowiedź. — Istnieją zjawiska niedostępne zwykłym ludziom.

W tym momencie należy zawsze zrobić minę lekko roztargnioną czy nawiedzoną, patrzyłem więc przez półkoliste okienko nad drzwiami i myślałem o mojej byłej sekretarce, która podała mnie właśnie do sądu za niewypłacanie jej poborów. Carole jak gdyby tego nie zauważyła. Skończyła rozpakowywać paczkę, wyjęła z niej nie oprawione olejne płótno i oparła je przede mną.

— Co pan może mi o nim powiedzieć? — zapytała obcesowo.

— Że jest to dobra kopia Mony Lisy — odparłem. — Bardzo sprytna imitacja, ale… — Głos mnie zawiódł, kiedy malowidło prze-mówiło do mojego szóstego zmysłu z pełną siłą. Wrażeniem starości — rzędu może z pięciuset lat — i oślepiającym natłokiem obrazów: przystojny brodaty mężczyzna w średniowiecznym stroju, pagórkowaty krajobraz z ciemnozieloną roślinnością, rzeźby z brązu, wąskie zatłoczone uliczki starożytnych miast. Za tym całym sztafażem, niemal całkowicie przyćmione przez jego przepych, majaczyło jakieś mroczne miejsce i okrągła drewniana rama, która mogłaby stanowić część jakiegoś dużego urządzenia.

Carole przyglądała mi się z zainteresowaniem.

— To nie jest kopia, prawda?

Moja szczęka wróciła do normalnego położenia.

— Panno Colvin, jestem prawie pewien, że ten obraz namalował sam Leonardo da Vinci.

— Chce pan powiedzieć, że jest to ta słynna Mona Lisa?

— To znaczy… tak. — Patrzyłem na płótno osłupiały z podziwu.

— Ale to przecież chyba niemożliwe?

— Zaraz się przekonamy. — Wcisnąłem klawisz końcówki komputera i rzuciłem: — Czy z paryskiego Luwru ukradziono Monę Lisę?

Odpowiedź nadeszła z elektroniczną szybkością.

— „Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie”.

— Niewystarczające dane?

— „Niewystarczające fundusze” — odparła maszyna. — „Dopóki nie uregulujesz opłaty za trzy zaległe miesiące, nie uzyskasz żadnej informacji”.

Zrobiłem przez okno, w kierunku, w którym według mnie musiał się znajdować ośrodek komputerowy, ordynarny gest.

— Mam cię w nosie — oznajmiłem zjadliwie. — Gdyby ukradli Monę Lisę, byłoby o tym we wszystkich gazetach.

— „Tym gorszy z ciebie dureń, że pytasz” — odpaliła maszyna. Zdjąłem palec z klawisza i uśmiechnąłem się głupio do Carole żałując, że chciałem się przed nią popisać skomputeryzowaną operatywnością.

Patrzyła na mnie coraz chłodniej.

— Jeśli pan już skończył, to panu powiem, skąd się u mnie wziął ten obraz. Chyba że to pana nie interesuje.

— Owszem, interesuje. — Uświadamiając sobie, że sprawa może mi przejść koło nosa, wyprostowałem się, czujny nagle i uważny.

— Mój ojciec zajmował się handlem dziełami sztuki i miał w Sa-cramento małą galerię — powiedziała Carole opadając na krzesło ruchem, który przypominał ściekanie miodu z łyżki. — Umarł dwa miesiące temu i zostawił wszystko mnie. Nie znam się specjalnie na sztuce, wobec tego postanowiłam sprzedać cały interes. I właśnie w trakcie sporządzania inwentaryzacji znalazłam ten obraz ukryty w sejfie.

— Miała pani szczęście.

— To się dopiero okaże. Obraz może być wart kilka milionów albo kilka lat ciupy, chciałabym dojść, czy jedno, czy drugie.

— I przyszła z tym pani do mnie! To bardzo rozsądnie z pani strony, panno Colvin.

— Właśnie zaczynam wątpić. Jak na kogoś, kto ma mieć szósty zmysł, wydaje się pan z lekka upośledzony, jeśli chodzi o pięć pozostałych.

Chyba właśnie w tym momencie zakochałem się w Carole. Rozumowałem tak: skoro patrzenie na nią sprawia mi taką przyjemność, mimo że traktuje mnie jak infantylnego durnia, to życie może być wręcz piękne, kiedy uda mi się ją skłonić, żeby dostrzegła we mnie inteligentnego mężczyznę. Tak czy owak, przystąpiłem do realizowania tego skrytego zamiaru.

— Pani ojciec nie wspominał nigdy nikomu o obrazie?

— Nie, dlatego się zastanawiam, czy, wszystko tu jest legalne.

— A czy domyśla się pani może, w jaki sposób wszedł w jego posiadanie?

— Ani trochę. Wiosną był na urlopie we Włoszech i pamiętam, że kiedy wrócił, wydał mi się dosyć dziwny.

— Dziwny w jakim sensie?

— Był napięty. Zamknięty w sobie. A to nietypowe dla człowieka po urlopie.

— Ciekawe. Zobaczymy, może uda mi się wyczuć'jeszcze coś, co by mi pomogło. — Nachyliłem się i dotknąłem lekko popękanej powierzchni malowidła. I znów doznałem silnego impulsu psychicznego: zobaczyłem podobiznę łysiejącego mężczyzny, o którym wiedziałem, że jest ojcem Carole, i migawki z jakichś miast. Tych ostatnich bym nie poznał, gdyby nie towarzyszyły im przeczucia, które potęgują zdolności telepatyczne.

— Rzym — powiedziałem. — Pani ojciec pojechał najpierw do Rzymu, ale większość czasu spędził w Mediolanie i okolicach.

— Rzeczywiście. — Carole posłała mi spojrzenie pełne niechętnej aprobaty. — Wygląda na to, że ma pan rzeczywiście autentyczny dar.

— Dzięki. Niektórzy twierdzą też, że mam zgrabne nogi. — Jej komplement nie wywarł na mnie pełnego. wrażenia, bo znów zobaczyłem ciemne pomieszczenie, jakby pieczarę, i kolistą drewnianą machinę, a poza tym moją uwagę pochłonęła emanująca stamtąd atmosfera odwiecznej tajemnicy.

— Tyle że nie posunęliśmy się wiele dalej — zauważyła Carole.

— Nie jest tak źle.

— Nie odpowiedział pan na najważniejsze pytanie: czy Leonardo da Vinci namalował dwie Mony Lisy?

— Na to wygląda, panno Colvin. Ale nie mam pojęcia, jak to może wpłynąć na wartość oryginału.

— Oryginału?

— To znaczy tego drugiego. — Patrzyłem na malowidło z nabożną czcią, poddając się jego oddziaływaniu wszystkimi zmysłami. Odniosłem wrażenie, że coś jest z nim nie w porządku, coś trudnego do sprecyzowania. Mona Lisa spoglądała na mnie ze swoim słynnym uśmieszkiem igrającym na jej ustach, tak jak ją pamiętałem ze wszystkich reprodukcji, jakie kiedykolwiek widziałem. Twarz w porządku, głębokie średniowieczne tło bez zarzutu, a jednak jakiś szczegół obrazu mnie raził. Czy to może coś, zastanawiałem się, z tymi pulchnymi, gładkimi rękami? Żeby zrobić wrażenie na Carole, przybrałem wyraz głębokiego skupienia i zadumy zastanawiając się jednocześnie, co też takiego w tym obrazie mogło uruchomić w mojej podświadomości dzwonki alarmowe.

— Czy pan zasnął? — spytała Carole władczym gestem stukając w biurko.

— Też coś! — ofuknąłem ją i wskazałem na ręce Mony Lisy. — Czy nic pani w tych rękach nie razi?

— Pan by to zrobił lepiej, tak?

— Chodzi mi o to, że na obrazie z Luwru ona jak gdyby jedną rękę wsunęła w drugą, a tu one się nie dotykają.

— Możliwe. Mówiłam panu, że się zupełnie nie znam na sztuce.

— To by mogło wyjaśnić istnienie dwóch Mona Lis. — Zacząłem się zapalać do mojej teorii. — Może namalował tę, a potem sobie pomyślał, że lepiej by wyglądała z rękami spoczywającymi jedna na drugiej.

— Jeśli by tak było — zauważyła logicznie Carole — to dlaczego nie miałby po prostu przemalować rąk?

— Hmm… no rzeczywiście… tak. — Przeklinałem siebie za wy-koncypowanie takiej idiotycznej teorii. — Ma pani rację.

— No, trzeba jechać. — Wstała i zaczęła pakować obraz w szary papier.

— Dokąd?

— Do Włoch oczywiście. — Przez jej piękną twarz przemknął cień zniecierpliwienia. — Zaangażowałam pana, żeby mi pan odpowiedział na pytanie, czy ten obraz stanowi moją legalną własność, i jest dla mnie oczywiste, że siedząc tutaj w Los Angeles nie będzie pan w stanie tego zrobić.

Otworzyłem usta, żeby zaprotestować, ale uświadomiłem sobie, że apodyktyczna panna Colvin ma całkowitą rację, że potrzebna mi jest część pieniędzy, które tak bezspornie ona posiada i że krótki pobyt nad Morzem Śródziemnym zrobiłby mi dobrze. Ciekawość też stanowiła w tym wszystkim czynnik niebagatelny, zarówno jeśli chodziło o sam obraz, jak i inny element mojej wizji telepatycznej, o którym jej jeszcze nie wspomniałem, a mianowicie czarną pieczarę z jej tajemniczą kolistą machiną.

— No więc? — spytała prowokacyjnie Carole. — Zamierzał pan coś powiedzieć.

— Ja? Nie. Chętnie pożegnam się z tym miastem na kilka dni. Jak się wymawia po włosku arriyederci?

Złapaliśmy południową rakietę podorbitalną do Rzymu, poszczęściło nam się też z lokalnym połączeniem lotniczym i późnym popołudniem zameldowaliśmy się w hotelu Marco Polo w Mediolanie.

Zgłodniałem w podróży, więc nie żałowałem sobie, kiedy zasiedliśmy z Carole w dyskretnym kącie restauracji hotelowej. Kieliszek koniaku i dobre cygaro wpłynęły na moją życzliwszą ocenę występów kabaretowych, chociaż większość wykonawców musiała używać nowoczesnych „migdałkowych” mikrofonów, żeby ich w ogóle było słychać. Może to kwestia wieku, ale twierdzę, że piosenkarzom z prawdziwego zdarzenia w zupełności wystarczają tradycyjne mikrofony mocowane do zębów trzonowych. W każdym razie biorąc pod uwagę, jak fatalnie zaczął się dzień, nie było tak źle. Mnie otaczała aura powodzenia, a Carole wyglądała nieprawdopodobnie kobieco w czymś zwiewnym i złocistym. No i do tego jeszcze zarabiałem pieniądze.

— Kiedy pan ma zamiar zacząć pracować na to swoje honorarium? — spytała mierżąc mnie surowym wzrokiem poprzez delikatną palisadę płomieni świec.

.- Już zacząłem — zapewniłem ją, lekko urażony jej stosunkiem do mnie. — To jest hotel, w którym zatrzymał się pani ojciec, kiedy przyjechał do Mediolanu, i niewykluczone, że tu nawiązywał swoje kontakty. Jeśli tak było, to prędzej czy później złapię jakiś trop.

— Wolałabym, żeby to było prędzej, dobrze?

— Na talent samorodny człowiek nie ma wpływu. — Czując, że muszę trochę popracować nad stosunkami z klientem mówiłem stosując efekt pogłosu. — Właśnie w tej chwili, kiedy tu siedzimy, nieuchwytne falujące sieci mojej świadomości rozwijają się coraz bardziej…

— No i co?

— Chwileczkę — powiedziałem. Zupełnie nieoczekiwanie nieuchwytne falujące sieci mojej świadomości pochwyciły rybę w postaci przechodzącego właśnie kelnera od win. Był to szczupły, smagły młody człowiek o sprytnych ciemnych oczach i moje telepatyczne zdolności powiedziały mi z miejsca, że jego najświeższa przeszłość jest w jakiś niezwykły sposób powiązana z ojcem Carole. Natychmiast spróbowałem skojarzyć go z Mona Lisa. Nie uzyskałem pozytywnej odpowiedzi na poziomie intuicyjnym, a mimo to byłem coraz bardziej pewien, że z kelnerem warto porozmawiać. W ten sposób właśnie działa postrzeganie pozazmysłowe.

Carole poszła za moim wzrokiem i potrząsnęła głową.

— Mam wrażenie, że dosyć pan już wypił.

— Bzdura. Mógłbym przejść po desce. — Wstałem od stołu i poszedłem za kelnerem przez podwójne drzwi i dalej korytarzem, który najprawdopodobniej prowadził do piwnic. Spojrzał za siebie, kiedy usłyszał moje kroki, a następnie odwrócił się taksując mnie wzrokiem jak hodowca bydła oglądający młodego byczka.

— Przepraszam bardzo — zacząłem — czy mogę zająć panu chwilę czasu?

— Nie mam chwili czasu — odpowiedział. — A poza tym nie znam angielskiego.

— Aha… — Patrzyłem na niego speszony przez kilka sekund, aż dotarło do mnie jasno i wyraźnie: wyjąłem pieniądze, które mi dała Carole na pokrycie wydatków, wziąłem z tego dziesiątkę i wetknąłem mu ją do kieszeni białej kurtki. — Starczy na lingwafonowy kurs języka?

— Ach, zaczynam sobie przypominać… — Jego uśmiech był wymuszony, przebiegły. — Chce pan kobietę? O jaką panu chodzi?

— Nie, nie potrzebuję kobiety.

Zrobił jeszcze bardziej chytrą minę.

— To znaczy…?

— To znaczy, że towarzyszy mi już wspaniała kobieta.

— Ach, pan chce sprzedać kobietę? Może mi pan wierzyć, signor, trafił pan pod właściwy adres, mam dobre kontakty, jeśli chodzi o handel żywym towarem.

— Ale ja nie chcę również sprzedać kobiety.

— Jest pan pewien? Jeżeli tylko ma białą skórę, może pan za nią dostać dwa tysiące. Nie szkodzi nawet — powiedział wielkodusznie robiąc dłońmi koło piersi charakterystyczny gest — jeśli nie ma tego i owego. Wystarczy nieskazitelnie biała skóra…

Zniecierpliwiło mnie to.

— Nie chcę od ciebie nic więcej, Mario,, poza pewnymi informacjami.

Błysk chciwości w oczach kelnera ustąpił szybko wyrazowi czujności.

— Skąd pan zna moje imię?

— Mam swoje sposoby — zapewniłem go tajemniczo. Prawdę powiedziawszy sam nie miałem pojęcia, czy jego imię dotarło do mnie drogą pozazmysłową, czy też było to po prostu jedyne włoskie imię, jakie mi w tej chwili przyszło do głowy.

— Psychopata — powiedział. — Pan jest po prostu psychopata. Złapałem go za klapy i uniosłem.

— Posłuchaj, Mario, jeszcze jedno niegrzeczne słowo i…

— Pan mnie źle zrozumiał, signor — bełkotał Mario i z ulgą stwierdziłem, że mam do czynienia z jeszcze większym tchórzem, niż sam jestem. — Miałem na myśli tych, co to wszystko wiedzą, zanim im się coś powie.