Coburn brnął przez oślepiające chmury śniegu. Po upływie jakichś dziesięciu minut poczuł się niemal bezpieczny przed pogonią; po godzinie był pewny, że już nigdy więcej nie zobaczy swoich zielonych prześladowców. Jedyny kłopot polegał na tym, że zaczął podejrzewać, że nie zobaczy już nigdy nikogo. To był Everest, straszliwy władca Himalajów głoszący rykiem żywiołów swój tryumf, a Coburn nie miał ani doświadczenia, ani odpowiedniego sprzętu, żeby się stąd wydostać.

Szedł wytrwale w miarę możliwości kierując się w dół i żywiąc nadzieję, że urządzenia ogrzewcze w jego skafandrze są solidne. Stopniowo jednak opuszczały go siły. Coraz częściej padał i coraz wolniej się cżwigał. W końcu posuwanie się naprzód straciło sens. Usiadł na niskim występie skalnym, czekając aż zasypie go śnieg i wymaże wszelkie ślady jego bezowocnej egzystencji. Pogodził się z myślą o nadchodzącym wiecznym odpoczynku.

Minęło około trzydziestu sekund wiekuistego odpoczynku, kiedy poczuł na sobie prymitywnie uplecioną siatkę, która ściągnęła go na ziemię. Wydał jęk przerażenia i usiłował się wyrwać, ale mocne nici ciaśniej tylko oplotły mu ramiona i nogi. Pomyślał, że wrogowie dopadli go mimo wszystko, i tym razem nie zamierzają ryzykować. Improwizując przekleństwa w galingua Coburn usiłował się podnieść, żeby umrzeć jak mężczyzna, ale nawet ta skromna ambicja została udaremniona silnym ciosem w podstawę czaszki. Gasnącym wzrokiem zdołał jeszcze zauważyć, że jego oprawcy mają zwykłe ziemskie skafandry śniegowe.

W jego głowie zapanował całkowity chaos: chwilami nieprzytomny, od czasu do czasu zdawał sobie sprawę, że go wloką w siatce po śniegu. Kiedy oprzytomniał na tyle, żeby zaprotestować, stwierdził, że otwór na usta w gorylej masce jest zamknięty, a wszelkie porozumienie za pomocą mowy artykułowanej niemożliwe. Dał więc za wygraną, położył się na wznak i ograniczył jedynie do unikania ostrych skał, którymi była usiana droga. Po upływie kilku minut grupa zatrzymała się i jeden z prześladowców odsunął płytkę zasłaniającą mu usta.

— Mamy go! — zawołał po angielsku do kogoś, kto był poza zasięgiem wzroku Coburna. — Złapaliśmy Yeti!

— Cudownie! — odpowiedział kobiecy głos.

Na dźwięk tego głosu oburzenie Coburna, że został zakwalifikowany i potraktowany jak zwierzę, natychmiast ustąpiło. Usiadł i zaczął gorączkowo rozsuwać zamek błyskawiczny.

Kobieta uklękła przed nim.

— Yeti! — wyszeptała zdyszana. — Mój własny Yeti!

Coburnowi udało się wreszcie rozpiąć kostium; odrzucił hełm.

— Eryka — powiedział. — Moja własna Eryka!

— Jezus Maria — rzekła w osłupieniu. A potem jej twarz rozpromienił uśmiech, którego nawet chłód nie był w stanie zwa-rzyć. — Och ty, cudowny wariacie! A ja naprawdę uwierzyłam, że uciekłeś w kosmos i zupełnie o mnie zapomniałeś.

— Nigdy — odparł i wyciągnął do niej ręce.

— Teraz nie czas na to. — Pomogła mu wstać. — Trzeba cię zaprowadzić do pomieszczenia, zanim zamarzniesz na śmierć. No i oczywiście czekamy na ciekawą opowieść, jak to się stało, że w tym zwierzęcym przebraniu poszedłeś śladem mojej ekspedycji.

Coburn objął Erykę ramieniem.

— Spróbuję coś wymyślić.